Friday, December 2, 2016

Piaseckiej zapiski przy śniadaniu



Ten wpis będzie o filozofii, bo ot taki sobie mnie nastrój dopadł ostatnimi czasy.

Arkusz z pytaniami do matury próbnej z Wiedzy o Społeczeństwie. Na zdjęciu ojciec pochylający się nad niemowlęciem w wózku. Pytanie brzmi: „Rozstrzygnij, czy zdjęcie ilustruje tradycyjny model rodziny. Swoje zdanie uzasadnij, odwołując się do fotografii”. Poprawna odpowiedź: To nie jest rodzina tradycyjna. Opieka nad dziećmi jest zadaniem kobiety.

To zadanie z przykładowych testów do matury próbnej wydawnictwa Operon. Przyznam, że jestem w szoku i bardzo głęboko mnie to niepokoi. Rozumiem, że jest kryzys męskości i mężczyźni mają kłopoty z odnalezieniem się w nowym świecie i otaczającej ich rzeczywistości. Ale gdy ostatnio powiedziałam jednemu z czołowych polskich publicystów, że socjologia życia rodzinnego zwija się i powraca do mieszczańskiego modelu rodem z 19 wieku, to powiedział, że nie mam racji. Czyżby? Powyższe to przykład, że niestety chyba mam rację i na siłę stara się wszystkich uszczęśliwić tworząc społeczny paradygmat dający optymalny wynik urodzeń, w którym indywidualna samorealizacja gówno znaczy. Powiało feminizmem? Może.

Sęk w tym, że sprawy tak intymne jak dynamika relacji damsko-męskich i umówione role w rodzinie i zachowanie wobec partnera powinny pozostać w sferze intymności i wzajemnej umowy, a nie zdefiniowanych z góry przepisów na kobiecość i męskość. Tak twierdzę, bo ludzie są bardzo różni i mają różne potrzeby.

Nie dzielimy się na dwa wrogie obozy i wojnę płci, tylko na wrażliwych, pragnących szczęścia w większości dobrych ludzi tylko dochodzących do tego różnymi drogami.

Czy jednak jest coś co sprawia, że współczesny facet czuje się niepewny i zagubiony? Owszem, tak. Zdrowo poukładany mężczyzna, który nie jest socjopatą i tyranem ma potrzebę przewodzenia w dobrej sprawie, bycia liderem, osobą odpowiedzialną za to dokąd płynie statek o nazwie "moja rodzina" i dumnym z sukcesu. Kolega ostatnio wyjaśnił mi to poniższym obrazkiem:







Z czego to na dole to istota męskich marzeń. Tylko no, mamy problem James. Bo co gdy ma się do czynienia z osobą atrakcyjną, ale ogółem radzącą sobie, silną i niespecjalnie kruchą księżniczką do ratowania? Jak wtedy się odnaleźć, jeśli osoba kręci i pociąga a jednocześnie ma się wrażenie, że nie dopuszcza do siebie ludzi łatwo, albo, że nie ma się nad nią przewagi?

W przypadku kobiety, która umie wysyłać właściwe sygnały, problem znika. Gdy mężczyzna czuje się silniejszy i pewniejszy, pojawia się właściwa dla szczęśliwego romansu dynamika i napięcie emocjonalne, gdy obydwie strony przynajmniej przez pewien czas czują się szczęśliwe.

Natomiast gdy ma się do czynienia z osobą, która na pozór sobie super radzi, prowadzi intensywne życie w ogromnym tempie, to to przeraża. Wtedy pada sakralne "Nie nadążę za Tobą".

W związku też potrzebna jest samorealizacja i znalezienie sobie osoby, która nam w tym pomaga. Jest po prostu potrzeba znalezienia swojego bezpiecznego miejsca w relacji z drugim człowiekiem. Czegoś takiego, że ok, Ty robisz to i to lepiej, ale jakby co, to jestem do czegoś Ci potrzebny (i nie jest to tylko seks).

Do tego dochodzi problem tego w jakich okolicznościach spotykamy płeć przeciwną będąc po 30-tce. Jest to najczęściej praca a w niej wznosimy się na wyżyny swojego profesjonalizmu, i nie mamy w pracy płci, z obawy przed utratą profesjonalnej twarzy, a na menedżerskim stanowisku - z obawy przed utratą autorytetu. 

Nosimy wiele masek i zachowań dostosowanych do sytuacji w jakich jesteśmy i boimy się je zdjąć, nie chcemy ich zdejmować bo grożą utratą bezpieczeństwa. 

Co zatem można zrobić aby wzajemnie sobie zaufać i stworzyć dobrą atmosferę, aby skrócić dystans i poznać drugą osobę bliżej? 

Nie mogę odpowiedzieć za wszystkich, bo każdy jest inny, ale wiem, że im więcej dostaję bezwarunkowego wsparcia, bezwarunkowej pomocy i bezwarunkowego bycia obok, czy mam dobry humor, czy zły, czy jestem uśmiechnięta czy marudna, im mniej ktoś ode mnie wymaga abym była wiecznie w formie, tym bardziej się otwieram i tym bardziej mogę zaufać. Kobieta nie chodzi na czole z plakietką przystępności dla każdego jak leci, chociaż męskie ego często na tym cierpi. 

Bezwarunkowe wsparcie praktycznie zawsze spotka się z delikatnością, która być może całymi latami schowana uwypukla się i kwitnie w uśmiechu. No i nie oznacza to bycia potulnym pieskiem pantoflarzem. 

A jeśli się nie spotka, to no cóż, głupie baby chodzą po tej ziemi, tak samo jak i mężczyźni idioci. 

No to jak to jest z tym przewodzeniem i potrzebą posiadania przewagi i kontroli? Mężczyźni lubią mieć taką świadomość a miłość i odpowiedzialność każe im tego nie wykorzystywać. U każdego jest to w indywidualnym natężeniu, u jednego silniejsze u drugiego mniej. 

Z mojego punktu widzenia posłużę się parafrazą Szymborskiej, mogę powiedzieć: Cwałuj przy mnie jak drugi rozpędzony koń, a gdy się potknę nie czekaj aż zajęczę tylko podnieś do góry mocno aż na nogi wstanę i będziemy sobie biegnąć dalej. Gdy się potkniesz to wesprę Cię tak, że nawet tego nie zauważysz i duma Ci na niczym nie ucierpi, i będziemy sobie biegnąć dalej. 

Generalnie to, gdy mamy z drugą osobą poczucie, harmonii, swobody emocjonalnej, braku lęku i braku potrzeby tłumaczenia rzeczy najprostszych trzeba to cenić bez względu na wszystko. Takich osób najczęściej spotkamy w życiu kilka, a jedna z nich będzie dla nas. 

Friday, October 28, 2016

Tam dom Twój, gdzie Twoje buty stoją

Jedna z bardzo bliskich mi osób zapytała się ostatnio, gdzie mam dom. Dosłownie takimi słowami:
- Gdzie jest Twój dom?

Mniejsza o okoliczności, skłoniło mnie to do refleksji. A może podsumowania pewnego procesu myślowego, który odbywa się we mnie od kilku miesięcy.

Moim domem jest to nie do końca ładne sowieckie mieszkanko w pewnej nawet niebrzydkiej części Kijowa. Nawet jeśli wymaga ono remontu, na który nie mam czasu, czasem pieniędzy a czasem po prostu zwykłego wsparcia w użeraniu się z robotnikami, bo jako kobieta nie specjalnie lubię bluzgać na kogokolwiek.

Jest owszem we mnie ogromna potrzeba wymiany myśli w moim własnym języku. Rozumienia moich kodów i funkcjonowania bez potrzeby wyjaśniania komuś rzeczy najprostszych, oczywistych na poziomie nieomal podprogowym. Jeśli nawet muszę obejrzeć Misia jeszcze raz bo widziałam go bardzo dawno temu, to zrozumiem kody i odniesienia, z którymi się on kojarzy. I to wcale nie oznacza braku zaciekawienia Ukrainą i jej kodami. Wcale nie oznacza braku chęci i radości ze spędzania czasu z ukraińskimi znajomymi.

Nie oznacza to też tęsknoty za Polską jako taką, z jej wszelkimi przywarami i problemami, Januszami i Agatami, ale świat porozumienia w pewnym określonym kręgu znaczeń. To potrzeba istotna, do której zapełnienia chcę dążyć.

Czy to jest praca misjonarza, dyplomaty, pracownika organizacji pozarządowej, każdy on służy swojemu państwu lub wartościom szerszym i musi się w tych potrzebach odnaleźć i jakoś je sobie poukładać.

Sunday, September 25, 2016

O reformach

Moim ukraińskim przyjaciołom przykro to będzie czytać, ale  pewna miara wkurzenia przelała czarę.

Ten post będzie o usługach i ich jakości oraz o tym co wynika z tego dla ukraińskich reform




Chcesz remont zrobić? Najlepiej jeśli to zrobi ktoś z bardzo bliskiej rodziny, najlepiej mąż albo ojciec, lub brat bo nikomu innemu nie można ufać.

Scena Pierwsza:

Wymiana okien. Październik 2014. Bardzo zadowolona, właścicielka wymienia okna. Wracam do domu i patrzę i oczom nie wierzę: na podłodze syf, wszędzie pył, okna zamontowane bez zdarcia fabrycznych oznaczeń i taśm, stylowe obrzyganie dokoła pianką silikonową chyba dla ozdoby w myśl jakiegoś specyficznego gustu, ale na pewno nie mojego. Stare mówię, że mają wyrzucić na śmietnik bo chcieli mi je w pokoju zostawić. Mówią:

- Od biedy 200 Hrywien i wyniesiemy.

Ja im na to, że mają wynieść i już i że dostała swołocz 30 tysięcy hrywien, i że ja na takie pieniądze kilka miesięcy zarabiam. Uparci zbierają się do wyjścia. Zaczęłam krzyczeć na całe piętro, zlecieli się sąsiedzi, pytają o co chodzi. Remonciarze w końcu wynieśli okna na śmietnik. Już bez łapówki.

Scena Druga:

Nowa pralka z Comfy

- My już pod klatką czy pani jest w domu?
- Ale mieli Państwo zadzwonić o 2 godziny wcześniej!!! Nie ma mnie w domu i nie będzie, umawialiśmy się na popołudnia.

Taka polka kabaretka trwa jakiś czas. W końcu dostarczają po 22 w sobotę i mówią, że narzędzi nie wzięli bo samochód im się zepsuł i coś tam. Ja na to:

-Panowie, ale to nie moja sprawa, nic mnie to nie obchodzi. Zapłaciłam, macie zrobić i już.

Za wyniesienie starej pralki na korytarz chcieli 100 UAH. Nic nie dałam i starym sposobem zaczęłam wrzeszczeć. A, że zbliżała się 23 to szybko zrobili co trzeba i się wynieśli.

Kosztowała mnie ta sytuacja nerwy i wielką awanturę z już eks facetem bo tak byłam zła, że go akurat pod ręką nie ma, że aż nawrzeszczałam okropnie.

- Wiesz, ale to nie jest kwestia czy kogoś akurat masz, bo jakość ukraińskich usług to legendarny problem i niejednemu facetowi to spędza sen z powiek. - mówi mi młody żonaty kolega.

- Ok, ale Tobie wypada pobić takiego jednego z drugim, jak już nic innego nie zadziała a mi nie. Mi nawet nie wypada nerwów stracić.  - komentuję.

Scena Trzecia

Zeszło przez przypadek na ten temat na wieczorku dla ekspertów Vox Ukraine. Ze znajomym ekonomistą rozmawialiśmy o reżimie bezwizowym i o tym, że może to ucywilizuje pewne rzeczy szybciej. Więc opowiedziałam o swoich problemach i słyszę komentarz:
- Sek w tym, że nawet i obecnie każdy zamienia się w idealnego profesjonalistę po przekroczeniu granicy.

No comments. O jakich reformach może być mowa w takim wypadku? Jak one mają się udać przy takim braku odpowiedzialności za zadowolenie i dobro klienta- współobywatela?

****

Posłowie. Na urodziny wyjechałam do Polski. Spędziłam je z bliskimi w znajomym otoczeniu. Warszawa czyściuteńka, zorganizowana, posprzątana i lśniąca jak pupcia niemowlaczka jak mawia mój tata. Przypomina mi się ostatni akapit, parę zdań "Bezsenności w Tokio" Marcina Bruczkowskiego. I łapię się na kryzysie imigranta. Na tym że w ostatnim akapicie on opisuje frustrację za kanapką z serkiem wiejskim i pomidorem. I ja to bardzo dobrze rozumiem.

Sunday, August 28, 2016

Berdyczów - Opowieści kominkowe

Nie wiem w sumie od czego zacząć bo moje zdolności do opowieści stępiły się dawno temu a FB posty to nie jest literatura, zaś naukowe artykuły czy analizy to nie są emocje. 

Zacznę od tego, że dzięki podróży udało mi się dać sobie trochę rady z nudą i wprowadzić w życiu ciut dynamiki, więc podstawowy problem powtarzalności i podobieństwa dnia do dnia został na jakiś czas rozwiązany. Pisząca te słowa zrozumiała też, że bez częstej zmiany ludzi, krajobrazów i otoczenia po prostu pewnego dnia wyląduje w domu zdrowia psychicznego. 

Wizyta trochę nietypowa. Turysta zza granicy odwiedza Berdyczów w dwóch rolach: albo jako Polak albo jako Żyd, w pełnym (najczęściej) wycieczkowym wyobcowaniu z zerowym zaciekawieniem jakie jest berdyczowskie "dzisiaj" za to nastawiony na Josepha Conrada i Honore de Balsac w pigułce.

Ja jestem turystą trudnym, bo leniwym poznawczo, przed podróżą najczęściej mam 30 minut czasu aby się przygotować, gdzie w ogóle jadę, w dodatku pojechałam w składzie ukraińsko-polskiej przyjacielskiej delegacji z Kijowa, i nie do hotelu czy hostelu a do domu, na kanapę, mamy koleżanki. Zupełnie inne doświadczenie, odrobinę przypominające couch surfing, tylko o wiele głębsze po 2 i pół latach w kraju. 

Tego rodzaju zwiedzanie ma dwie przyjemności w jakich się wręcz rozsmakowuję: odkrywanie, doczytywanie, wyszukiwanie znaczeń miejsc, które mijam, doczytywanie o nich historii po tym, jak już tam byłam, dotknęłam, zobaczyłam. No i rozmowy, dyskusje ciągnące się długo w noc o wszystkim co ciekawi, interesuje, z płynnym skakaniem z wątku na wątek. 

Miasto jakby samo w bólach odkrywało tożsamość. Nie do końca wie jakie jest. Mer to rosyjskojęzyczny separatysta  ale lubi się pokazać i podlizać, więc jak miejscowi mawiają, na niejedno można się z nim umówić. Pomnik-tablica Nebesnoj Sotni wyznacza nowy szlak miejscowej tożsamości, na razie głównie dla elit intelektualnych w przyszłości pewnie dla wszystkich. 

Ulica Pionierów oraz pomnik "Wielkiej Wojny Ojczyźnianej" przypomina o radzieckości miasta, z resztą tak samo jak i na szczęście niewysoka stalinka powojenna, kilkupiętrowa, identyczna jak w Żytomierzu. 

Berdyczów słowami Wiry jakby lepszy, lepiej zorganizowany, żywszy, z większą atrakcyjnością historyczno kulturalną z racji Klasztoru Karmelitów Bosych i Kościoła Matki Boskiej Berdyczowskiej, a także licznych pamiątek po Żydach miasta, jacy pod koniec XIX wieku stanowili 90% mieszkańców.. 


To odkrywanie tożsamości dopada mnie w sposób dosłowny, wpada w uszy w sklepie bławatnym, jakby go pewnie Prus ustami Rzeckiego nazwał:



- O a Pani wie na 1+1 takie ciekawe filmy dokumentalne, a Pani wie, że naszą ojczyznę Skandynawy zalożyły? 
(wzieły mnie za Ukrainkę z diaspory) .
- Tak,wiem. 
Ruś Kijowska, pierwsze grody handlowe zalożyli Waregowie. 
- No i skąd Pani wie?
- W szkole się uczylam. 
- A gdzie?
- W Warszawie. 
O to Pani z Polski (zaskoczenie)!!! 
- To Polacy się o tym w szkole uczyli a my nie, zobacz Nastja...- jedna do drugiej mówi. A Sklep swoją drogą super. Myślał by kto historyczny spadek po handlowej przeszłości miasta, obiecałam sobie, że pewnego dnia mamę tam zabiorę, zwariuje z zachwytu. 

Nie do końca miały rację z tym odkrywaniem, tylko nie uważały pewnie w szkole. Chociaż w tej szkole jeszcze w latach 90-tych Popow wynalazł ropę. Wira słusznie zauważyła, że reforma nauczania historii ma być. Ja jej na to:

- I słusznie. Każde społeczeństwo do matury ma być hodowane na mitach, najlepiej pozytywnych bo na czymś tożsamość trzeba budować. Ale mimo wszystko nie podoba mi się, jak to robi Wiatrowycz bo to jakaś cenzura w drugą stronę, z totalnej radzieckości przechodzi się w przeciwieństwo stawiając za wzór skomplikowaną, różnorodną i dynamiczną historię Zachodniej Ukrainy, która jest ciut za skomplikowana aby tworzyć z niej proste mity. Chodzi o to by w starszych klasach liceum jednak dyskutować o wszystkich niuansach. 

- Ale mimo wszystko coś trzeba. Bo jest tak, że swojego nie znamy. Dzieci wiedzą kto to Robin Hood ale o Dowbuszu zielonego pojęcia nie mają. Nie ma książeczek, kolorowanek, komiksów i bajek. Wilka i Zajaca zastąpiła Kung Fu Panda, niegłupia, ale nie nasza - dodaje jej mama. Ma rację. Rodzenie się tożsamości, albo inaczej, odkrywanie jej na nowo zajmuje czas.

Apropo's to właśnie link do wspomnianych filmów: Ukraina, powrót do historii. 


Spacer po mieście pierwszego dnia. Niespecjalnie jakościowe foto grobu rabina, o którego pytają się obydwie. Przypominają mi się te jakieś mdłe zasoby wiedzy i mówię trochę w ciemno:
- Potem doczytam i wam powiem, ale Berdyczów to zdaje się był silny ośrodek Chasydyzmu i pochodziło stąd co najmniej dwóch ważnych rabinów. Trafiłam w dziesiątkę, poniżej tablica z grobu Rabina Elizera Libera, który zmarł w 1771 roku w wyniku którejś epidemii: 





Obecnie płyta ta znajduje się w Parku Miejskim, który Bolszewicy urządzili po Rewolucji na miejscu starego cmentarza żydowskiego. Tak to wyglądało w 1913 roku tuż przed I wojną światową: 


Zdjęcie pochodzi z wydanej stosunkowo niedawno książki ze zdjęciami podróżników - etnografów żydowskiego pochodzenia, którzy robili zdjęcia życia codziennego Żydów w latach 1913-1914 na terenach Imperium Rosyjskiego. 

Żydowskość Berdyczowa jest omalże niezauważalna dla niewprawnego niewtajemniczonego turysty. Jedynym zabytkiem posiadającym punkt informacyjny i tablicę w 3 językach jest Klasztor Karmelitów. Ale czy to przeszkadza w czymkolwiek? Chyba nie. Trzeba solidniej się przykładać do eksploracji i badań no i mieć więcej czasu. 

Tymczasem z tego żydowskiego miasteczka 1/3 około uciekła przed Niemcami wgłąb Rosji a z tych co pozostali przeżyło 16 osób. "Kto ratuje jedno życie ratuje cały świat. Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata Żydowska Gromada Miasta Berdyczów." To już tablica bieżąca, pamiętająca czasy po uzyskaniu niezależności. Z kolei obok niej jeszcze radziecka z 1990 roku -pierwotnie miała stanąć w 1950 tylko władza radziecka się nie zgodziła.


Żydzi z Berdyczowa byli ideologicznie podzieleni. Po Rewolucji bolszewicy eksterminowali tradycjonalistów i syjonistów, a inni co zostali częściowo włączyli się w komunistyczne organizacje żydowskie. Popierające tą samą władzę, która niszczyła wszelkie inne nurty filozoficzne i tradycyjne w przechowywanej od pokoleń a nawet od stuleci myśli rabinów berdyczowskich.
Wspomniane wcześniej tablice i pisząca te słowa. 


- Mnie zastanawia jaki jest związek Berdyczowa z Polską. Bo widać, że jest  bardzo silny. Wiem oczywiście o Rzeczpospolitej i Wielkim Księstwie Litewskim, ale aż tak silne wpływy mnie zastanawiają. 
Nie jestem specjalistą, ale znowu trochę zgadując przypomniałam sobie ojcowe opowieści o zmianie granic po utworzeniu Unii Lubelskiej i wcieleniu Podola i okolic do Korony Polskiej. 

W XVII wieku według spisów województwa bracławskiego było jednak tylko 1% szlachty a cała reszta to mieszczanie i chłopi: Rusini/Ukraińcy, Żydzi, Niemcy (chociaż było ich tam niewielu). 

Berdyczów widział kres Rzeczypospolitej, to tam w warowni - Klasztorze Karmelitów bronił się Kazimierz Pułaski, wódz wojskowy Konfederacji Barskiej. Stamtąd z przygodami uciekł do Turcji a potem dalej. Te detale dla Ciebie miły czytelniku. 

Opowiedziałam pokrótce o Koronie Polskiej, przemianach mieszczaństwa, szkolnictwa, zmianach w sądownictwie, różnicach ekonomicznych pomiędzy regionami, stopniowym spadkiem ekonomicznego znaczenia gospodarki rolnej, opóźnieniach w modernizacji co przyczyniło się do kryzysu i upadku.  Historią na codzień doprawdy nie żyję i jej nie głoszę wszem i wobec tym bardziej obecnie gdy na epatowanie etosem historycznym jest wręcz moda, ale coś tam zdołałam wyjaśnić. 

Trochę oczywiście smutne, że wzajemnie nie znamy swojej historii, albo, że trzeba się nią wyjątkowo długo i detalicznie interesować aby cokolwiek ogarnąć. O tym jednak kilka słów refleksji na zakończenie. 
Tymczasem czy widać te wiatry historii w Berdyczowie, kiedy ona splatała losy wielu narodowości naraz pod berłem Króla Polskiego? Mury Klasztoru - Twierdzy stoją do dzisiaj niczym świadek historii. Gdyby nagle zatrzymać ruch samochodowy chociaż na kilka minut albo w nocy zostać pośród murów na pewno da się to wyczuć jeszcze bardziej. 

Tymczasem jednak w zeszłym roku obwalił się kawałek klasztornego starego muru. 

- Może ktoś to będzie jeszcze remontował, i tak cud, że budynki jako tako ocalały bo to jest coś najwspanialszego co w Berdyczowie jest i czym trzeba koniecznie się chwalić na cały świat - mówi mama Wiry. 

- Przypuszczam, że remontowano z kieszeni Ministerstwa Kultury RP. - rzucam nieświadoma, że mam rację jak później podpowiedział Wujek Google. W istocie Minister się postarał a gdy otwierano Muzeum Josepha Conrada w murach Klasztoru, nawet osobiście przyjechał. 

Trochę Klasztoru Wam tu zaprezentuję:



- Zapytam się w Ministerstwie, jakie są plany. - obiecuję Wirze. Pierwsza sprawa na poniedziałek do zrobienia. 
Nie pierwszy raz już przychodzi do mnie myśl, że te prądy identyfikacji etnicznej się raczej przeplatają w sałatce i mało są jakby razem. Osobno żywioł ukraiński, osobno polski, jeszcze obok tego żydowski. 

Spacer poprzedniego dnia pokazuje, że jednak nie mam racji, gdyż Berdyczów ma jedną historię znaną nie tylko dla tych trzech, ale nawet i dla całego świata. 













Oto chyba najsłynniejsza bohaterka związku na odległość, jaką zna świat: szlachcianka Ewelina Hańska. Zdaniem moich ukraińskich przyjaciółek jej listy do Balsaca są ciekawsze niż te, co zachowały się po George Sand. Zazdroszczę jej w sumie trochę. Odwagi realizacji marzeń, fantazji jemu i jej. Trzeba doprawdy się kochać wzajemnie by pakować walizki i wielokrotnie pomimo okoliczności życia z oddali do siebie jechać po to by na krótką chwilą zaznać bliskości, bo potem los znowu rozłącza. Foto z wiki.










Powyżej i obok (moje): Tablica na kościele Świętej Barbary w Berdyczowie, w którym ten związek, co cnotliwych by zgorszył znalazł swój finał przed ołtarzem na kilka miesięcy przed śmiercią pisarza. 

No cóż, długo się zastanawiała czego właściwie chce. A potem, co w jej epoce było dość rzadkie, kompletnie wyszła na wolność i wyjechawszy het z Rzeczpospolitej wiodła swobodne życie wśród bohemy francuskiej. 


Dzięki temu, że Balsaca zna cały świat, to i ją też a tym samym odbitym światłem świeci Berdyczów gdy mu się poszczęści zostać wspomnianym. 


A miasto dzisiaj? Miasto dzisiaj to odbicie problemów i mentalności ukraińskiej stojącej w rozkroku pomiędzy radzieckim wczoraj a europejskim dzisiaj. Śmieci na podwórku nikt nie sprząta, bo "to ma zrobić państwo", a na osobę sprzatającą klatkę schodową patrzą się jak na niespełna rozumu. 

- Nawet nie wiesz ile agresji w ludziach. Z Żeka (*odpowiednik administracji z komunistycznych czasów) przychodziła pani i sprzątała klatkę, tylko pani lekko niepełnosprawna intelektualnie. Nie wyobrazisz sobie jak ta banda ją potraktowała. Proponuję na posiedzeniu OSBB (*coś w rodzaju wspólnoty mieszkaniowej) ją wynająć bezterminowo, bo sprząta dobrze, i poza tym podkreślam, że wg. prawa jest to praca chroniona i nie można jej tak po prostu zwolnić. Banda na mnie tak wulgarnie napadła, że co ja takiego wygaduję. Do tej pory jestem zniesmaczona - opowiada wieczorem mama Wiry. Pijemy herbatę a na zewnątrz szczekają psy.  

- Ale to chyba nie do końca tylko ich wina. Nie wiem, czy to mój problem imigranta, ale informacja jest zerowa o czymkolwiek i oni po prostu nie wiedzą gdzie mają i o co prosić. Nie wiadomo na czym to się wszystko trzyma. - mówię. 

- Coś w tym jest. Stan państwa można poznać po stanie jego psychiatrii. Na Krymie wsadzają ludzi do psychuszki jak za stalinowskich czasów. Gdzie jest oświadczenie Stowarzyszenia Psychiatrów Ukrainy? - gospodyni wchodzi na ciekawy temat. Myślę sobie, faktycznie nie widać ich. Nawet aby angażowali się w leczenie PTSD wśród weteranów. 

- Widziałaś pewnie te śmiecie na trawie przed blokiem. - kontynuuje. Trochę skacze temat jak to bywa późnym wieczorem. 
- Tak i dziwi mnie to trochę, bo miasto ogółem czyste. Czemu to tak? - pytam.
- Widzisz, spychotechnika. Żek mówi, że to ma robić przedsiębiorstwo co śmieci zabiera, oni, że Żek i tak wkoło Macieju. W Tarnopolu wprowadzono konkurencję miedzy Żekami i sprywatyzowali je, więc konkurują ze sobą. Ludzie też jacyś bardziej ambitni, każdy chce mieć więcej i lepiej a zatem nie zapuszcza tak przestrzeni. A tutaj czym bliżej Kijowa i bardziej na wschód tym bardziej wszystko ma zrobić się samo i wszystko się należy. 

- Nie można ich winić, bo i dłużej za Sojuza żyli. - mówię. 

- Otóż to. Gdyby nie czystki i terror, inaczej by to wszystko wyglądało. Są ludzie jacy jeszcze niedawno bali się cokolwiek mówić, bo ich wywiozą. Ale są mimo wszystko nieżyczliwi, zawistni i leniwi. 

Myślę sobie w tej chwili o tym, że mój kawałek korytarza na klatce w Kijowie tylko jest czysty i świeci jak pupcia niemowlaczka. A moim sąsiadom się nie chce. 

- Wiesz co? Tutaj kiedyś protestanci przyjechali i mówią, że Ukrainie to już tylko chyba Boża miłość w czystej postaci pomoże. - mówi Wira. 

****
Na to wszystko patrzy się z powrotem Matka Boska Berdyczowska a poniżej Jan Paweł II, który nigdy tu nie zajechał, ale w dziwny sposób wyczuwalna jest jego obecność, która uspokaja i mówi: walcz. I się nie bój. 



****
Posłowie: Berdyczów czeka na swojego Normana Daviesa i lokalny Mikrokosmos. Na geniusz, który te wszystkie narracje splecie w jedno i zrobi z nich w jednej książce miasto wspólne.




Monday, August 8, 2016

Jedwabne

Rozmowy ze znajomym o sytuacji w Polsce. Mówię wprost, że wypowiedzi Minister Edukacji o Jedwabnym to kpina w biały dzień, bo to negacja historycznych faktów.

I wytrącenie argumentu z ręki w kwestii psychologicznej: my mieliśmy swoje Jedwabne. Musieliśmy zacząć rozmawiać, nie w gabinetach naukowców, tylko pod strzechami, O tym, że mieliśmy dni chwały ale i dni kiedy nie było z czego być dumnym. O interakcjach i rachnkach krzywd.

W kontekście wydarzeń na Wołyniu w czasie wojny to argument nie bez znaczenia. Wśród ukraińskich przyjaciół obserwuję wyparcie i negację tak właściwą dla pierwszej fazy dyskusji o  skali pogromów Żydów w Polsce i innych zbrodni. "Nie nie, my nigdy. Co to to nie. To wszyscy inni dokoła. U nas sami boahterowie i święci prześladowani przez innych". Otóż dokładnie tak a nie inaczej chce się przedstawiać przeciętny Ukrainiec. Przy całym włączeniu różnorodności regionalnej, ten z południa i wschodu nigdy nie miał z akcją antypolską nic wspólnego. Ale ten z Zachodu absolutnie o niczym nie chce słyszeć ( w dużym uproszczeniu rzecz jasna).

Więc kiedy z tymi przyjaciółmi dyskutuję jak ostatnio, to się nie rozwodzę tylko najczęściej mówię: "dość tego, my mieliśmy psychiczną lekcję Jedwabnego to i Was to też kiedyś czeka. Przy braniu pod uwagę wszystkich napięć i wszelkich uwarunkowań, ktore do tego doprowadziły. "

Tylko, czy jak w ramach "wstawania z kolan" powazni politycy zaczynają kręcić to ten argument pozostaje w miejscu?


Sunday, August 7, 2016

Ach Ci faceci...

Czytam wspomnienia wojenne swojej babci spisane na 1944.pl. Dalszy powinowaty po latach z Anglii odwiedzając wyznał: "Marysiu ja się w Tobie tak kochałem a Ty nic nie widziałaś". Co miała widzieć? Chyba się robi albo mówi coś oczywistego i nie do pomylenia z niczym innym i wtedy wszystko jest jasne. Muszę się z resztą o tą sytuację bliżej podpytać  Ale w każdym bądź razie jest to śmieszne. Babcia twierdzi, że się nic a nic nie orientowała. Może trzeba było okazać te uczucia jakoś konkretniej bez domysłów?

A tutaj link jak ktoś chce sobie poczytać. Są w transkrypcie pomyłki bo chodzi o Birkenmajerów a nie Rechtenmajerów etc. ale całość w sumie ok: 

Babcia się produkuje dla Muzeum :)




Sunday, July 17, 2016

O Majdanie i Erdoganie

czyli myślowa koalicja egzotyczna.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że te dwie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego. Jednakże to co różniło Pomarańczową Rewolucję od Majdanu to social media. Social media, FB, Twitter etc spowodowały, że protestujący raz dwa o wszystkim się dowiadywali i nie można było założyć legitymizacji porozumienia z Janukowyczem, tak jakby to miało miejsce wcześniej. Czemu Kwaśniewski odniósł sukces w 2004 roku? Ponieważ tłum nie organizował się tak łatwo i nie tak prosto było nim sterować.

Umowa z Janukowyczem jaką zawarł Sikorski wydzierając się na opozycję, była może naiwnf, ale nie najgorsza z możliwych. Dzięki mobilizacji społecznej został jednak pozbawiony legitymizacji. Tłum na Majdanie nie miał żadnego określonego przywództwa i żadnych w pełni legitymnych liderów, może poza Parubijem. Raz zapuszczona myśl: "wszyscy zdrajcy, wszystkich powiesić" rzucona w tłum w inteligentny sposób dzięki FB i innym mediom rozprzestrzenia się jak zaraza i żadna moc nie jest w stanie jej zatrzymać.

Erdogan - to też media społecznościowe. Armia nie zrobiła puczu. Armia gdyby chciała zrobić pucz to odcięłaby infrastrukturę, internet etc i nie robiłaby tego gdy Prezydent jest na urlopie. Tymczasem Erdogan wykorzystał social media do organizacji tłumu który poszedł przeciwko tym nielicznym siłom, prawdopodobnie jak najbardziej rządowym.

Gdyby hipotetycznie armia była w stanie zorganizować pucz, to musiałaby poczekać aż rząd i Prezydent będą w zasięgu ręki, odciąć wszelkie środki komunikacji i się pospieszyć. Jednakże kilka lat temu były pierwsze takie próby. Oficerom się coś nie podobało i próbowali organizować bunt, ale nie mieli kim, bo jak mówi w nagraniach Sienkiewicz, pod sobą mieli już mieszkańców anatolijskiej wsi a nie kemalistowskie elity.

Social media to wielka broń w rękach agitatorów, agentów i władzy. Tak samo, jak wspaniały środek do mobilizacji w sprawach wielkich.

****
Na marginesie - jesli w Turcji powstanie kalifat, to popularne przekonanie, że islam nie jest zdolny do demokracji znajdzie swoje ostateczne potwierdzenie.

Wam kury szczać prowadzać...

... a nie zamachy robić, powiedziałby Marszałek do organizatorów próby puczu w Turcji. Wszystko to, jak pisze Repetowicz, wygląda jednakże na teatr Erdogana, jaki poszukiwał pretekstu do organizacji swojej własnej wersji nocy długich noży.

Sienkiewicz w nagraniach orzekł, że na końcu jest kalifat. I ma rację. Polska prawica ujmuje się za Erdoganem w szaleńczym tłumnym zachwycie "obrony suwerena narodu przed uzurpacją starych elit". Pewien prawicowy przywódca, z litości zmilczę który, ostatnio stwierdził, że powinniśmy być jak Turcja.

OMG. Czyżby? Tylko i wyłącznie ze względu na zmitologizowany okres wspólnych interesów przeciwko Rosji carskiej? Panowie, Rosja już nie jest carska, a Erdogan robi z Putinem interesy.

Śmierć kemalistowskiej Turcji odbyła się wcześniej. To było wtedy gdy rozpędzono pierwsze protesty na Placu Taksim. Od tamtej pory reżim cały czas wymienia kadry z klucza a demokracja turecka jest tak samo wykrzywiona jak i rosyjska, niby demokracja, ale w następnych wyborach nikt poza Erdoganem nie będzie miał już szans. 6 lat temu moja koleżanka z Turcji jeszcze wierzyła, że to przejściowy fenomen.

Sunday, July 10, 2016

O Obronie i ochronie

Dzieje się dokładnie to, czego się obawiałam w związku z tworzeniem złożonych ze zmilitaryzowanych cywilów oddziałów Obrony Terytorialnej. Nie zaprzeczam, że jest potrzebna, zwłaszcza dobrze wyszkolona i przygotowana, ćwicząca często plany reagowania, nauczona koordynacji z dowództwem etc. Ale mam istotne podejrzenia, że część podrozdziałów to już w tej chwili środowisko zinfiltrowane przez obce służby, a nadzór merytoryczny i ideologiczny nad nimi jest niewystarczający - sprawa dotyczy głównie Podkarpacia. Mam z żołnierzami wielu rodzajów sił zbrojnych, służbami i strażami do czynienia na codzień. Są to ludzie formowani psychicznie i dobierani pod kątem umiejętności opanowania skrajnych emocji i niereprezentowania nadmiernej ideologicznej ekspresji. To owszem patrioci, ale mający jasną hierarchię priorytetów, celów i zadań. Tymczasem podrozdziały OT formują się z cywilów, którym do tej pory było i nadal jest wolno wszystko - w tym i wyznawać dowolne ideologiczne trendy i dowolnie się zachowywać włączając zachowania na które żołnierz formowany od 20 roku życia by sobie nigdy nie pozwolił - takie jak uczestnictwo w różnych sabatach ONR czy innych środowisk. Jestem zwolennikiem ostrej selekcji i nie brania każdego ochotnika jak leci bo spotykałam również i takich marzących o staniu się samodzielnymi niepodlegającymi pod niczyje rozkazy bojówkami (bo w Dowództwie to niby nikt nic nie umie i na niczym sie nie zna i po co ich w ogóle słuchać). 

Ludzi ogarnia jakiś szał. Część tych złych emocji wynikających z kryzysu zaufania do instytucji spacyfikowała nowa partia, która zaczyna spełniac psychiczne i socjalne potrzeby, ale pewna kula śnieżna już się toczy i ma ona potencjał anarchistyczny - podsycany FB histerią, agenturą i trollingiem: politycy na niczym się nie znają, służby to tylko sa leniwe, wszyscy korupcjonerzy, powiesić na najbliższych drzewach. 

....

Pufff. Wciągnijcie powietrze i zastanówcie się ilu z Was dotyczyło rzeczywiste negatywne doświadczenie z jakąkolwiek instytucją. Mnie nigdy. Szanujcie swoje państwo i struktury jakie tworzy bo one są dla Was. Nie dzielimy się na "my i oni". Policjanci, żołnierze, strażacy, urzędnicy różnych szczebli, samorządowcy to przecież członkowie naszych rodzin - szanujcie ich bo na nich trzyma sie Wasze bezpieczeństwo - to dzięki nim możecie spokojnie spać i codziennie rano wychodzić do pracy w korpo. Nie podrywajcie podstaw istnienia państwa dając się ponosić głupim emocjom, które dzisiaj może są niewinne za to jutro doprowadzą do anarchii albo zdrady. 

Saturday, July 9, 2016

Spełnione marzenia

Patrzę na stojącą na moim stole figurkę Anubisa i zastanawiam się dlaczego mnie tak przyciaga i co to za magia sprawia, że nie mogę się oderwać.

Przypomniały mi się dziecinne lektury o Przygodach Tomka autorstwa Szklarskiego. I już zrozumiałam, że Anubis kojarzy mi się z podróżami, przygodami, otwartym światem, spotykaniem nowych ludzi.

Faktycznie jest 21 wiek i świat się fatalnie skurczył. Nie zawsze już mamy to zbawienne dla psychiki poczucie odkrywania nowego. Ale ono jest. Czy to bliska zagranica taka jak Ukraina, czy też zaułki bałkańskich krajów, zagubione w górach wioseczki w Rumunii czy położone z dala od turystycznych centrów osady u podnóży Himalajów...

Nogi zaniosły mnie do Azji i na Ukrainę. Spotkałam wielu ciekawych ludzi, cały czas poznaję i odkrywam a każdy kolejny dzień to przygoda i nie wiadomo co za rogiem czeka. Dziękuję Bogu za spełnione marzenia z dzieciństwa...

Figurka Anubisa stoi, patrzy się tajemniczo i zapowiada nowe za następnym zakrętem. Gdy los splecie się już z czyimś innym a odkrywanie podzieli się na dwoje.

Sunday, June 5, 2016

O dzieciach i UE. Czyli blog w podróży.

W sumie nie wiem od czego zacząć. Co to ma być, czy refleksja, czy felieton, czy komentarz, czy skecz wspomnieniowy, może wszystko na raz?

Dopiero co wróciłam z Belrina i z Brukseli z grupą młodzieży. Taki trochę krótki projekt ODF i European Exchange.

Miałam stresa. Nastolatki, jakie będą? Okazały się ok, bardzo mądre, ciekawe świata, zadające pytania od których tęgim głowom włos się na głowie jeżył. W pon. rano razem wylecieliśmy do Brukseli.

De facto w Brukseli gościła nas Rebecca Harms, której bardzo wiele zawdzięczamy. Byliśmy na spotkaniu w Goethe Institut, European Endowement for Democracy, Ukraine Support Group of the European Comission/ section for Youth. Mieliśmy także bardzo długie, 3 godzinne spotkanie z Rebeccą oraz jej asystentem i nieco długą przynudną prezentację o tym jak pracują instytucje. A także bardzo sympatyczne spotkanie z dziewczynami z UAct Daszą i Janą, i na koniec z Wojtkiem z Komitetu ds. Zagranicznych Europejskich Konserwatystów i Reformatorów.




W Berlinie wizyta w Federalnym Urzędzie Kanclerskim a także w MSZ, w Bundestagu oraz spotkanie z Julią Eichhofer z ChildFund Berlin.

Wspomniałam już, że dzieci zadawały pytania od jakich głos się jeży na głowie wprawionym dyplomatom? To teraz kilka szczegółów.

Ominę spotkanie w Goethe Instutut, chociaż ciekawe, to czysto techniczne bez żadnych nadmiernie interesujących elementów. Wieczorem w poniedziałek spotkaliśmy się na kolacji z dziewczynami z UAct, Darią Bezuglą i Janą Brovdij, która jednocześnie pracuje w referacje ds. Ukrainy w European External Action Service. Po krótkim przedstawieniu projektu potoczyła się nader interesująca rozmowa. Dziewczyny obydwie po godzinach od swojej głównej pracy od samego początku Majdanu organizowały konwoje humanitarne, akcje informacyjne, pomoc z zagranicy etc. Rozmowa była motywująca, pytały się dzieci o plany i o opinie i odpowiadały na ich pytania najlepiej jak umiały. Najczęstsze powtarzające się pytanie od dzieci to: "A co my możemy zrobić, aby w kraju nie było złodziei i korupcji?". - Trzeba zaczynać od siebie poprzez stawianie właściwych celów i wymagań. Jesli sami nie wymagamy od siebie, nawet gdy inni od nas nie wymagają, to nigdy nic się nie zmieni. - odpowiada Dasza.

Najmądrzejsza uwaga pada od Sołomijki z Liceum Specjalizowanego z Językiem Niemieckim w Iwanofrankiwsku: - Trzeba zmienić samego siebie. Widzę nową policję jak się stara, i jak mimo wszystko ludzie, którzy popełnili przestępstwo traktują tą nową jak starą. Mimo, że nowi policjanci nie biją, nie żądają łapówek, na początku tylko stosują ostrzeżenie. Marzyliśmy o takiej policji a ludzie jej nie szanują. Trzeba powiedzieć: tak jestem winien, popełniłem to wykroczenie. Dac się ukarac, z szacunku dla przyszłości swojego państwa. To jest to co ja bym zrobiła dla Ukrainy - zaczęła od siebie. 

Przy śniadaniu o swojej pracy opowiedziały panie z Ukrainian Think Tanks Liaison, instytucji powołanej do życia jako wsparcie dyplomacji obywatelskiej ze strony ngo. Stowarzyszenie ma za zadanie na bieżąco informowac o sytuacji na Ukrainie w Brukseli, przekazywac informacje z Brukseli na Ukrainę, a także dostarczać biezących analiz odnośnie tego co się dzieje. Dzieci zapytały o to, jak zmieniło się postrzeganie Ukrainy w ciągu 2 lat istnienia UTTL. Olena Prystayko odpowiedziała, że zwłaszcza kraje wschodnio-centralnej Unii zobaczyły w Ukrainie same siebie sprzed lat i z okresu walki o wolność. Poprawiło się też rozumienie zagrożenia rosyjskiego i jest umiarkowana nadzieja na większe wsparcie. 

W siedzibie European Endowment for Democracy dowiedzieliśmy się o działalności funduszu na Ukrainie. Został powołany wobec wyzwania integracji krajów Partnerstwa Wschodniego w obliczu rosyjskiego zagrożenia. Od czasu wojny w Gruzji do uruchomienia minęło kilka lat, ale w końcu ruszył. Ma za zadanie przydzielać fundusze na te projekty, które nie mają innej szansy finansowania i to szybko bo w ciągu 14 dni. Wszystkie podania mają open deadline. Największym beneficjentem Funduszu jest Ukraina z prawie 50% alokacji w 49 wdrożonych projektów. To stąd ma finansowanie Europejska Prawda, Hromadske TV, Nova Kraina, Svidomo i Automajdan. Tu też padły pytania: - Jak mogę sprawić by moje państwo było bardziej demokratyczne? - pyta Andrij z 10 klasy. Padły raczej standardowe w takich sytuacjach odpowiedzi o reformach i walce z korupcją, ale to już truizm oczywisty, że bez tego ani rusz. 

Potem poszliśmy do Komisji Europejskiej na spotkanie z Nadią Wertebną z Ukraine Support Group, w sekcji ds. młodzieży. Na spotkaniu dzieci dowiedziały się o różnych możliwościach wymian zagranicznych i wolontariatów za granicą. Ukraina jest członkiem stowarzyszonym wielu programów wymian młodzieżowych, tylko informacja o tym często nie dociera na czas do szkół na prowincji i przez to dzieci z wielkich miast są bardziej uprzywilejowane. Padały pytania o znajomość języka, wiek uczestnictwa w programie i inne merytoryczne szczegóły.

Potem nastało wspaniałe popołudnie z Rebeccą Harms i jej asystentem. Może nieco przynudna prezentacja o obiegu decyzji i informacji w instytucjach europejskich również, powiedzmy to sobie szczerze, z punktu widzenia EPP. Przystępnie wytłumaczone w jaki sposób buduje się koalicja, gdzie przebiegają linie podziałów politycznych, kto i jak głosuje etc. Myślę, że Wojtek pewnie obraziłby się, gdyby ECR nazwać eurosceptykami, ale jak podkreślił asystent pani Harms "to taka frakcja eurosceptyków, z którymi idzie się porozumieć". Czyli third way w praktyce. 

Dzieci zapytały panią Harms o odzyskanie Krymu, Donbas i Porozumienia Mińskie (tak, tak, 12 - 16 latki, a jakże :)). Nie było łatwo. Odpowiadając pani Rebecca podkreśliła mocno fakt, że nie widzi wojennego rozwiązania konfliktu z Rosją, gdyż jest to nadal mocarstwo o dużej sile rażenia. Pomimo wad, porozumienie jest jedynym realnie istniejącym instrumentem jaki można zastosować.  

Rebecca spędziła z dziećmi wiele godzin w miejscowej restauracji jeszcze długo odpowiadając na najróżniejsze pytania. Może warto na marginesie podkreślić, że jak na osobę wielkich osiągnięć i zasług, jest wyjątkowo skromna, przystępna i dzieciom bardzo pomaga, zwłaszcza tym w najgorszej sutuacji. 

Przyszedł dzień odjazdu z Brukseli. Rano jeszcze poszliśmy do Europarlamentu gdzie przywitała nas Anna Fotyga, również niezwykle pomocna i serdeczna osoba, która w napiętym grafiku znalazła czas dla grupy dzieci. Może nie za bardzo rozumieją one jeszcze zagadnień obronności w Europie, ale za to Wojtek Danecki bardzo przystępnie potem opowiedział w jaki sposób pisze się rezolucje, co może Parlament, czego nie i dlaczego ślimak jest rybą. Coś jeszcze było o objętości spłuczki i o tym co ja o tym myślę, ale to już chyba moje pytanie w kuluarach ;) Aha, dzieci zapytały się, czy będzie Brexit. Wojtek stwierdził, że jego zdaniem tak i nikt póki co nie wie co z tym fantem zrobić. Jeden z chłopców skomentował, że to większy problem dla Europy niż dla WB bo ona i tak ma bardzo dużo indywidualnych porozumień i reguł i UE w sumie mało ją zaczepiało. Uczciwie przyznam, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Padały pytania o referendum i nastawienie do Ukrainy, padły uczciwe odpowiedzi, że kremlowska agentura nie śpi i finansuje antyukraiński lobbying nieustannie, nawet i na szczeblu brukselskim, nie tylko w państwach członkowskich. 

Wylądowaliśmy w Berlinie. Berlin po Brukseli był odpoczynkiem, ciepła temperatura, czyste powietrze, słońce. Wszyscy pochowali kurtki i przestali marznąć. Wieczorem zachód słońca nad Szprewą i Pałac Bellevue. 

Następnego dnia urocze spotkanie z Kristofferem Fuchsem z Departamentu ds. Ukrainy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Urocze, bo pan Fuchs mówi perfect po polsku, gdyż uczył się kiedyś w Waszawie. Dobrze rozumie realia europejskie w sprawie Ukrainy. Jako jedyny powiedział wprost, że nie ma nadziei na rychłe członkostwo w UE i, że Ukraina musi skupić się na staniu na własnych stopach i uporać z reformami. Ale, że wsparcie Niemiec w postaci energetycznego uniezależnienia od Rosji jest priorytetem Kanclerz Merkel i, że pomoc finansowa płynie w stałych transzach. 




Padło pytanie: "A jak zagłosowałoby społeczeństwo niemieckie gdyby tutaj było referendum takie jak w Niderlandach?". Niezły orzech do zgryzienia :) Fuchs wybrnął z tego mówiąc: "Dobrze jest kiedy instrumentów demokratycznych takich jak referendum używa się odpowiedzialnie, w kwestiach mało złożonych i po odpowiednio intensywnej kampanii informacyjnej. Nie jestem zwolennikiem przeprowadzania referendum w skomplikowanych sprawach, bo łatwo jest różnym gremium wpływać na opinie."

Zapytany przeze mnie o warunki pracy, w których szef MSZ zapowiada zniesienie sankcji, dyplomatycznie zwrócił uwagę na nierzetelność tłumaczy i podkreślił: "Nie chodzi o zniesienie sankcji, ale o zastanawianie się nad metodą step by step. Jesli będzie widoczny postęp ze strony Rosji, część obostrzeń można zdjąć. Na razie tego postępu nie ma. Cokolwiek innego to nadinterpretacja słów ministra." 

Tyle MSZ. Potem przyszło nam odwiedzić referat ds Ukrainy w Urzędzie Kanclerskim w tym samym czasie kiedy zajechała tam limuzyna Klimkina i szefa NATO. Zatem cóż, pani Kanclerz miała ważniejsze sprawy. Po Urzędzie oprowadzał nas pan Deutsche jednocześnie odpowiadając na pytania o Mińsk. "Dlaczego to my mamy iść na kompromis, gdy zostaliśmy napadnięci?". Bez owijania w bawełnę dzieciom padła odpowiedź: "Jako państwo słabsze w konfrontacji macie do użytku głównie instrumenty dyplomatyczne. W otwartej wojnie nie mielibyście szans". Może było to milej wyrażone, ale bardzo szczere. 

Julia Eichhofer opowiedziała o pracy z dziećmi i młodzieżą w krajach potrzebujących pomocy. O ChildFund więcej będzie potem. 

Była też wycieczka po Bundestagu, jaki bardzo dzieciom przypadł do gustu, chyba poprzez kopułę i dach :) Spotkanie z Arnoldem Vaatzem z CDU długo zostanie w pamięci. To polityk z pasją tłukący pięścią w stół mówiący wprost o zagrożeniu dla świata przez odradzający się kult Stalina w Rosji. Jednocześnie odpowiadając na pytania dzieci przyznał wprost, że najpierw trzeba zrobić reformy a dopiero potem marzyć o wchodzeniu do UE. Vaatz to czlowiek legenda, były więzień polityczny i jednocześnie mąż zaufania Drezna z "Grupy 20" osób z opozycji, którym powierzono klucze do miasta w okresie upadania systemu komunistycznego. Zasłużony dla walki ze spadkiem po Stasi. 

Poza spotkaniami były też wycieczki i spacery. Residence Palace, Komisja, Europarlament, Park Cinquantaire, Pałac Sprawiedliwości, Atomium, pomnik Alberta II, Grand Place, Brama Brandenburska, Tiergarten, Bellevue, Bundestag, Mur Berliński, Alexanderplatz. I może o czymś zapomniałam. 

Jakie wnioski i komentarze? Dzieci są chłonne i ciekawe. O ile w zachodniej Europie rośnie trend niezadowolenia z powoli reagujących elit, to właśnie one, dzieci ze Wschodniej Europy,  będą awangardą zdrowo rozumianej proeuropejskości. 

Nawet jeśli napędzały mi nieustannego stresa, bo przy każdej próbie liczenia czy wszyscy są i nikt się nie zgubił robiło się ich w oczach dwa razy tyle :) 

Były też i smaczki:
 - Jesteśmy teraz głęboko zaniepokojeni tym co się u Was dzieje. -słyszę od Hanny, naszej przewodniczki po Berlinie. 
To mianowicie w kontekście nowego rządu. Nie kocham wojny z Trybunałem i uważam ją za błąd, ale nie mogłam się powstrzymać: 
-Hanna, a ile procent ma u Was AFD? 40% w sondażach? 
- No tak, ale to nie to samo. 
- Może nie. Ale nasz rząd, chociaż mu wiele zarzucam, nie finansuje się z Kremla. Dla Was AFD i demontaż CDU/CSU to o wiele większe zagrożenie dla Europy i świata niż nasz regionalny konflikt polityczny. 

Innym razem wkurzona stoję pod Rossmanem na Wirtembergplatz. 
- Czemu jest Pani na nas zła? 
- Bo nie zdażymy na samolot przez te Wasze zakupy. A nie moge Was tutaj zostawić bo zaraz przyjedzie policja i wlepi mi mandat za jakies dzieci bez nadzoru. Albo posadzi na kilka miesięcy. 
- Ech. Fajnie tutaj, ale to państwo jakieś takie przeregulowane. - pada komentarz w odpowiedzi na moje frustracje. 

Wszyscy w końcu wyszli z Rossmana, zabrali bagaże z hotelu i zdążyli z rejestracją na lot w sam raz na wejście do samolotu, zapięcie pasów i wylot do Kijowa. Zawdzięczamy to logistyce i staraniom Lidii z European Exchange, bez której pogubilibyśmy się w Berlinie. 

-Pani Agnieszko, a pochodzi Pani z nami po górach latem? 

Więcej nie piszę, bo coś się szkli. 




Ogólnie wyprawa wspaniała, bardzo pouczająca. 

*****

Była też nocna wyprawa MiniCooperem po Brukseli :) I prawdziwe belgijskie piwo. Jak kotwica na nieznanych wodach :)


Tuesday, May 10, 2016

Wyszywanki

Szukałam tego bardzo długo: różnorodność regionalna strojów ukraińskich. Zawsze byłam pewna, że to istnieje.

Voila:

Niestety nie wiem, czy podgląd sie pokaże, dlatego klkajcie w link.

Wednesday, April 20, 2016

Gdy instytucje tracą pamięć

Pyta się mnie wczoraj znajomy analityk o materiały odnośnie kontroli finansów publicznych w państwach V4. Nie do końca moja bajka, ale research w temacie nie jest tak trudno zrobić.

Szczegółowa metodologia audytorska to i tak wiedza jaką zdobywa się na zamkniętych płatnych konferencjach i na bardzo drogich studiach.

Zawsze też można zgłosić się do wielkich firm konsultingowych, bo w krajach rozwijających się nie robią one tylko głupot z dziedziny biznesu takich jak badania rynkowe czy optymalizacja podatkowa (nudy!!!) ale i robią całkiem dużo dla wsparcia rozwoju państwa angażując się w budowę modeli zarządzania czy też audyty (i to jest sexy).

Przy okazji przypomniało mi się, że kiedyś znajoma z dyplomacji powiedziała, że po Pomarańczowej Rewolucji jedna z fundacji ekonomicznych tłumczyła wiele ustaw polskich na ukraiński, a także brała czynny udział w konsultingu ds reform.

Jak one wyszły to wszyscy wiemy, i ja nie o tym. Otóż szukałam tych materiałów przez różne kontakty w wielu środowiskach, w tym oczywiście zapytaliśmy się samego adresata, przeszukałam przestrzeń internetową, czy to gdzieś nie fruwa w niej i nie czeka, aż czułe ręce konsultanta zbiorą z powrotem to wszystko w kupę i zrobia z tego użytek. Null, nada. W instytucji już nikt nie wie o co chodzi po 10 latach. Znikła pamięć, bo odszedł jakiś pracownik.

Nie dziwi mnie, że pracownik w fundacji czy firmie konsultingowej trzyma karty przy duszy bo w końcu zarabia na swoim know-how. Jest jednak prosty sposób aby uniknąć wymazania pamieci do zera. Pewność drogi rozwoju i minimum manipulacji w organizacji - osoba nie bojąca się o rozwój kariery, nie będzie kopała dołków pod współpracownikami, a w rezultacie wszyscy tylko na tym skorzystają.

Teraz ten bank wiedzy trzeba odtwarzać, pozyskując na niego sponsorów, co jest i czaso i kosztochłonne.

Monday, April 18, 2016

No to mamy nowy rząd :)

Coś o nowym rządzie. Profesorowie pytają się co myślę. Mówię im, że nie bardzo wiem, jakie źródło dostarcza rzetelnej informacji bo zdarza się, że nawet zawodowi oficerowie to nieźli panikarze w dodatku nie mający albo nie chcący mieć, bo tak wygodniej, jakiegokolwiek pełnego obrazu sytuacji. 
Ale z tego co sobie przemyślałam wynika, że sytuacja jest gorsza niż była a momentum reform wynikające z energii wewnętrznej zostało zmarnowane. Teraz jakiekolwiek reformy owszem będą, ale jedynie jako polityczny PR i pod ogromnym naciskiem zagranicy (tak tak, ci wstrętni agenci Sorosa i wszechświatowe spiski przeciwko suwerennej dzierżawie, której przecież należy pozwolić stoczyć się, jak tego akurat chce i nic nikomu do tego). 
Nie to jest jednak klu. Klu jest takie, że nie ma koalicji. Jest rozsypany zatomizowany parlament, który teraz jeszcze bardziej niz zwykle będzie głosował na zamówienie i w wyniku korytarzowych targów. Elektroniczny system informacyjny, biura legislacyjne, komitety, specjaliści, instytuty, wszystko się nie liczy i nie ma żadnego znaczenia, bo wystarczy wola niejasnych układów aby ustawę napisana na kolanie przepchnąć "za osnovi i v cilomu" jeśli się tylko bardzo chce. 
Czy jest nadzieja? Nie wiem. Poseł zarabia nieco ponad 6100 UAH. Część tych z Samopomocy to zamożne osoby, adwokatura, wzięci dziennikarze, gwiazdy medialnej popkultury - mają oszczędności, które może pozwolą im odpychać pokusę korupcyjną. A reszta? Chyba się po prostu przyzwyczaiła. 
Jaki ten rząd by nie był, jesli nawet opracuje reformę, przygotuje odpowiedni do niej pakiet legislacyjny, a on utknie na półce w parlamencie, to rzeczywiście "wiele się zmieni". 
Mam nadzieję, że w Polsce z knopkodawstwem zrobią porządek bez partyjnych przepychanek w stylu: "Mamoooo, mamoooooooo, to nie ja to on!!!" . A tymczasem w ramach promocji Międzymorza wklejam poniższe video (zapożyczone od Piotra Pogorzelskiego): 
Life is cool. And very very interesting smile emoticon

Saturday, April 9, 2016

Holendrzy powiedzieli "NIE" czyli o PR

i o tym co to znaczy dla polityki informacyjnej UE i w zasadzie jaka ona ma na Ukrainie być.

I

czy w ogóle jest.

Nie będę się tutaj powtarzać i odsyłam do doskonałej analizy Daniela Szeligowskiego o tym jakie implikacje niesie holenderskie Nie w stosunkach międzynarodowych.

W tekście pojawia sie postulat o popraieniu polityki informacyjnej UE w obliczu zmasowanej propagandy rosyjskiej.

Słusznie. Musze zauwazyć, że wydarzeń dla elit - konferencji, dyskusji fachowców, spotkań dwustronnych dla biznesu i rządu jest mnóstwo. Ale ta Unia jakos bardzo mało wchodzi pod strzechy, no chyba, że ktoś jeździ na zarobitki do Polski.

Tymczasem można wszystko bardzo prosto zrobić. Dużo więcej dają proste przekazy medialne - krótkie video co takiego Kowalski z tej Unii ma. Co ona mu gwarantuje? Jakie ma prawa? Co zmieni się na lepsze?

Krótkie łatwo przyswajalne obrazki dają więcej niż skomplikowane akademickie dyskusje.

Tuesday, April 5, 2016

O barbarzyństwie

czyli o tym jak czuje się kobieta gdy politycy z uśmiechem afirmują gwałt.

Tak, wiem, że z gwałtów wojennych urodziły się dzieci. Wiem, że wyrośli z nich ludzie.

Ale afirmacja wydarzeń polegających na przemocy i upodleniu, nie tylko namawianie przez Kościół Katolicki kobiet do rodzenia takich dzieci i wynajdowanie do sankcjonowania i akceptacji przemocy argumentów natury moralnych reguł  z kulturowego obszaru społeczeństw kolektywistycznych, ale również prawna kodyfikacja całkowitego zakazu nawet tabletki "po" po gwałcie to barbarzyństwo.

Pojawiają się argumenty, że można oddać. Można owszem. Ale uświadomcie sobie panowie czym jest ciąża. Ciało się zmienia - pojawiają się rozstępy, żylaki, nadwaga, bolesność piersi. Osłabiają się zęby i włosy. Boli kręgosłup i zniekształca się. Czasem dochodzi ciążowa niewydolność nerek. To są poświęcenia jakie kobiety świadomie biorą na siebie z miłości do partnera i chcąc przekazać dalej życie i urodzić dziecko a najlepiej kilka.

Czy naprawdę musimy w taki sposób produkować nowych podatników? Bo jeśli nie będę mogła kupić tabletki po, jeśli lekarz po obdukcji mi jej nie przepisze to przymus psychiczny w 21 pierwszym wieku złamie mnie wewnętrznie i już nigdy nie będę ani pewna siebie, ani wartościowa. W gwałcie napastnikowi właśnie o to chodzi - o dominację. O ustalenie hierarchii.

Więc jeśli nie ponoszę biologicznych konsekwencji to jest mi łatwiej stanąć ponownie na nogi i zapomnieć, bo wybaczyć się nie da. Nawet jeśli przeżywa się wstydliwą fizjologiczną satysfakcję - to ten fakt jeszcze dodatkowo pogłębia traumę. Uświadomienie sobie, że mogę zostać pobita, poniżona, upodlona a ciało reaguje jak reaguje bo w końcu jestem zwierzęciem, po prostu samicą określonego gatunku mającą określone funkcje ciała - to właśnie upadla na samo dno.

Dlatego - miejmy prawo do tabletki "po". Bo dzięki temu odzyskujemy kontrolę. A niektóre z nas są na tyle mocne, że umyją się i będą dokładnie takie jak przedtem. Ale - pod warunkiem, że nie zostanie im żaden "prezent".

*****
A z praktycznej natury. Majstruje się przy ustawie, która przetrwała 20 lat godząc interesy różnych środowisk. A za trzy i pół roku partia rządząca przegra wybory i następni zliberalizują prawo do maksimum z czystej zemsty politycznej.

Thursday, March 17, 2016

Zabić Smoka


Czuję się wyróżniona bo czytałam tą książkę przed drukiem, po wstępnej korekcie wydawniczej. Czytałam jako czytelnik pierwszej recenzji, testowania odbioru, wyłapania co by tu jeszcze można było poprawić.

Trudne to zadanie gdy książka wciąga.  Niby mój świat, Ukraina. Świat, który stał się moim domem, we współtworzenie którego jestem zaangażowana. Powinnam być przyzwyczajona, a nie jestem. Nie do tego, co przeczytałam.

Czym się różni książka Katarzyny Kwiatkowskiej -Moskalewicz od innych książek o Ukrainie czy Majdanie? Głębią wejścia w indywidualne historie. Na przykładzie losów pojedynczych ludzi autorka pokazuje jak pracuje system i jak wygląda społeczeństwo. Inni autorzy przedstawiają politologiczne refleksje i dane statystyczne, albo zahaczają o polonica, nie mogąc sobie odmówić pokusy.

"Zabić smoka" to pozycja wolna od popularnonaukowego przedstawienia rzeczywistości i kresowych poloników. To zbiór ludzkich losów. Poznajemy prostytutki chore na HIV opowiadające o swoich klientach i o zbiegu okoliczności doprowadzającym je do takich a nie innych wyborów.

Poznajemy też losy zabitych w dziwnych wypadkach aktywistów walczących z korupcją przy stawianiu nowych budynków i niszczeniu zabytków w Kijowie.  Oraz walkę Dawida z Goliatem gdy mafia przejmuje kamienicę i walczy z ostatnim niechcianym lokatorem, który nie chce się wyprowadzić. To też historia ojca, którego syn zginął na Majdanie i który pyta: gdzie wyniki śledztwa?

Nie będę się zagłębiać w każdą z tych sytuacji z osobna, bo to ma być recenzja a nie streszczenie. Powiem tylko tyle, że to książka dla każdego. I dla ciekawych świata ludzi, próbujących pojąć co ich otacza, i dla analityków, i dla filmowych researcherów. Jako reportaż potrzebuje jedynie wrażliwego i inteligentnego odbiorcy. Tym odbiorcą może stać się każdy. Nieważne skąd. "Zabić smoka" może spokojnie zostać przetłumaczone na angielski i przy dobrej promocji nie tylko nie straci, ale być może zyska jeszcze więcej. Wiem, jak cieżko przebić się wśród objawionych autorów piszących po angielsku o wschodzie, ale mam nadzieję, że autorka spróbuje i znajdzie dobrego anioła stróża tej sprawy.

Jeśli tak się nie stanie, to polski czytelnik właśnie na wyłączność otrzymał noc spędzoną na intensywnych emocjach i zastanawianiu się nad ludzkim losem w niby demokratycznym systemie, który bezlitośnie gniecie i odbiera marzenia. Z którym walczysz odrąbując kolejne głowy a one, jak u smoka, odrastają.

Czy jest nadzieja? Na to autorka nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Ja też jej nie mam.

Zapraszam do lektury.

Katarzyna Kwiatkowska- Moskalewicz  "Zabić smoka"
Wydawnictwo Czarne, kwiecień 2016 r.