Saturday, September 23, 2017

O kontroli nad drugim człowiekiem słów kilka

Trudno jest funkcjonować w otoczeniu osób posiadających potrzebę kontroli nad drugą osobą i nad jej reakcjami.

Osoba czuje się przesuwana niczym pionek na planszy i mało może na to poradzić albo nic, co ją frustruje. Frustruje bo zależy - w dowolnej relacji - na ojcu, na bliskich, na przyjaciołach, na partnerze w dowolnej roli życiowej.

Wiem, że osoba, która posiada potrzebę kontroli utraciła kiedyś poczucie bezpieczeństwa. To właśnie jego brak powoduje chęć do decydowania o postępowaniu i reakcjach bliskich osób, do wywoływania w nich określonych reakcji na zamierzone postępowanie.

Tylko to jest trudne do udźwignięcia bo stawia pod znakiem zapytania zaufanie. Bo chcemy przecież by ludzie, na których nam zależy czuli się bezpieczni. Tak bezpieczni by odpuścili sobie potrzebę kontrolowania sytuacji, by zaufali, że bez ich przesuwania pionków na szachownicy i tak zrobimy to czego oczekują - bo nam na nich zależy. Bo chcemy, żeby się nie bali. Bo ich przecież kochamy - jako przyjaciół, rodzinę, partnerów.

Jakakolwiek więź z osobą potrzebującą kontrolować drugą stronę, posiadać przewagę, być silniejszą jest trudna w przypadku osoby, która lubi okazywać oddanie, szacunek i troskę, ale nie lubi dawać sobą powodować. To dotyczy tak samo bycia córką, przyjaciółką, koleżanką, czy żoną.

Obserwowałam w Polsce, ale też i w Indiach i w Korei fale mody społecznej. Miedzy innymi zafascynowanie technikami wpływu na ludzi. Miało to zapewnić sukces zawodowy, szczęście i pieniądze.

Hmmm, myślę sobie. Czytałam to przecież na studiach. Omawialiśmy te zagadnienia. Techniki negocjacyjne i umiejętność wykorzystywania wiedzy o partnerach w biznesie oraz ich słabych punktach były wałkowane na psychologii, socjologii, zarządzaniu nie raz.

I tak sobie myślę, ok. Przecież wszyscy to jakoś stosujemy. Niektórzy świadomie, inni mniej. I nie ma w tym nic złego, że walczymy i gramy bo takie jest życie - w biznesie i w miejscu pracy.

Tylko hmmm... czy na pewno te same zasady można zastosować do życia prywatnego? Nie można i zdecydowanie nie powinno się.

Bliscy ludzie zasługują na poczucie bezpieczeństwa, na brak zastanawiania się jakie hidden agenda ma druga osoba wobec nas. Inaczej jak zapewnić drugiej osobie poczucie, że może się wyluzować, że nikt nie wyszukuje jej słabych punktów?

Znałam kiedyś w Holandii (znam do tej pory) kolegę, który uważał, że manipulując partnerką (wywierając wpływ) robi to dla jej dobra bo pomaga jej "rozwinąć jej prawdziwy potencjał" - cytat dosłowny. Po pewnym czasie owa dziewczyna była kopią swojego partnera co do zapatrywań, idei, myśli, postaw, zachowań a nawet mimiki twarzy.

Szukamy podobieństw, przy ludziach, którzy w sposób podobny przetwarzają emocjonalnie otaczającą rzeczywistość, te same lub podobne rzeczy są dla nich ważne, czujemy się bezpiecznie i jak w domu. Ale niech to nie będzie wynik prowadzenia za rączkę, tylko niech się tworzy w sposób naturalny.

I to prawda, że zdecydowana większość kobiet byłaby najszczęśliwsza zajmując się rodziną i posiadając jakąś ciekawą pracę na pół etatu zapewniającą tyle rozwoju żeby nie zgłupieć, w priorytecie jednak posiadając szczęście rodzinne. Ale to też nie może nigdy być wynikiem żądań, nacisku i jakiegokolwiek "ty musisz" albo manipulacji i kontroli. Bo to się po prostu samo ułoży.

O Ukrainie, tym razem.

Długo nie pisałam. Urlopy, problemy etc. Więc nadrabiam.

Ukraina. Człowiek w ciągu tej swojej pracy marketingowo, pijarowo, doradczo, administracyjno-urzędniczej spotyka setki ludzi, którzy w różnych analitycznych i dyplomatycznych interesach przyjeżdżają do tej obecnie najciekawszej stolicy świata jaką jest Kijów.

Najczęściej pada pytanie:  -Jak oceniasz to czy tamto? W zabieganiu trudno nieco jest keep track on issues na poziomie muszki owocówki, ale się staram. Częściej jednak słucham.

Słucham o tym, że brak jest woli do wdrażania zmian. Że wyszkoleni przez PR agencje dyplomaci i politycy pokazują ładne prezentacje o tym jak wdrożono to czy tamto w tej czy też innej instytucji, a potem jest wizyta monitoringowa, konkretne pytania i rzeczywistość skrzeczy.

Czy zatem oznacza to, że nie warto wspierać? Można mieć mieszane uczucia. W krajach w które wpompowano miliony dolarów pomocy wybuchają wojny domowe i to krwawe. W krajach gdzie agendy rozwojowe budują od lat szkoły i szkolą urzędników rozrywają się w powietrze terroryści, którzy naruszają od czasu do czasu takie świętości jak bazy himalaistów przez dziesiątki lat nietykalne.

Mimo to myślę, że Ukrainie taki scenariusz nie grozi. Natomiast wymaga to splecenia się kilku elementów jednocześnie: po pierwsze wymiany informacji pomiędzy wszystkimi agendami pomocowymi - tutaj bardzo cenne są wszelkie merytoryczne spotkania rady donorów, czasem ogólne, czasem tematyczne. Konieczne jest też informowanie dyplomacji o wszelkich projektach czy wysiłkach wsparcia bo dobrze poinformowana dyplomacja to dyplomacja w grze. Koordynacja mniej więcej działa na wielu poziomach, zarówno ta doradcza jak i humanitarna, chociaż nie jestem do końca przekonana czy ambasady państw UE zawsze wiedzą o każdym projekcie partnerskim jaki realizuje się z poziomu samorządów. To ten element, który leży po stronie donatorów pomocy czy to finansowej, czy też intelektualnej.

Po stronie beneficjenta na pewno leży większy porządek logiczny i intelektualny. Jeśli konsultant zadaje pytanie - ok, ale jak wygląda matryca tej instytucji docelowo? Czemu obsadza się poprzez konkurs kadrowo ciało, które nie do końca jeszcze samo wie, jak ma działać? Na szczeblu samorządowym na pewno korzystnie jest przedstawić jasną mapę prawną i decyzyjną miasta, czy gminy, zanim doradca weźmie się do roboty.

Spotykałam różnych. Są tacy, którzy zarabiają pieniądze i milczą, za to wiedzą jak maja potem wypełnić sprawozdanie merytoryczne. Z dumą muszę stwierdzić, że nie dotyczy to Polaków. Za cenę nerwów, pracy 24/7 i pokonywania wielu przeszkód zawsze chcą coś zrobić, zrealizować, osiągnąć, wprowadzić prawdziwą trwałą zmianę.

Nie do przecenienia w tym wszystkim jest rola miejscowych przedstawicielstw organizacji doradczych czy pomocowych, gdyż to one negocjują wiele spraw, ale one też zapewniają ekspertom tzw. kontekstualizację, zrozumienie realiów.

Czy zatem jest zmiana? Dla rzeczywistej nieemocjonalnej oceny procesów ważne jest zobaczenie jak rozkładają się poszczególne akcenty w jednostce czasu, i to nie miesiąca a lat. Są zmiany i ich się już zatrzymać nie da. Nie tylko dlatego, że Prezydent wyraźnie określił oś geopolityczną, nie tylko ze względu na tzw. bezwiz, ale również dlatego, że najbardziej udana ze wszystkich reform ukraińskich - samorządowa - powoli zmienia sposób myślenia, postawy i proces podejmowania decyzji na najniższym, najbliższym ludziom szczeblu.

Jeśli szczebel samorządowy wychowa nowe elity, to wszystko w perspektywie jednego pokolenia się zmieni in plus i to nieodwracalnie.

Będąc od czasu do czasu sfrustrowanym tym czy innym zjawiskiem warto pamiętać, że Królestwo nie jest z tego świata, a jeśli cytując moją prababcię każdy będzie "robił w swym kółku co każe duch boży" to całość sama się złoży.


Wednesday, June 21, 2017

Nudne, nie czytać!

Będzie nie o Ukrainie. Koleżanka wrzuciła krytyczny artykuł o pewnym polskim podróżniku i całkiem utalentowanym pisarzu fact fiction WC.

WC kreuje w Polsce typowy amerykański wyostrzony spór dialektyczny pomiędzy kreacjonizmem a ewolucjonizmem.

Przy czym jest to spór naprawdę ostry, polega na istnieniu dwóch przeciwstawnych obozów, z których jeden wierzy, że Bóg stworzył świat w 7 dni, a drugi, że Bóg nie istnieje a wszystko jest dziełem przypadku, nie liczy się pojedynczy człowiek tylko pojedynczy gen. Wszyscy są egocentrykami bo to się najbardziej opłaca, a jeśli doświadczamy pomocy, troski czy wsparcia to to też się najbardziej opłaca i nie ma w tym niczego pozaziemskiego.

To tylko przedsmak, zarysowanie tematu. Jest to spór Europie obcy, gdyż Europa jest przeważnie filozoficzna, oparta w religii nie na fundamentalizmie i sztywnym pojmowaniu dogmatów, tylko na rozważaniach. Kościół katolicki dawno uznał ewolucję za więcej niż teorię, a w Europie praktycznie nie istnieje tak czarno biały podział świata na dwa ekstrema wzbudzające wielkie emocje.

Te emocje się sprzedają a im bardziej ekstremalne tym więcej podgrzewają temperaturę, a że praktycznie wszystko w USA polega na crowdfundingu to służy to właśnie temu - zdobyciu finansowania na kolejną książkę, konferencję, publikację czy projekt i dotyczy to obydwu stron tego wydumanego sporu.

Skoro już jednak on istnieje to warto bliżej parę rzeczy powiedzieć bo niewykluczone, że pewnego dnia nie będzie to omawiane jedynie na katedrach biologicznych.

Profesor Jerzy Dzik w 200-lecie urodzin Darwina opublikował felieton o ewolucji, podkreślając jej znaczenie dla człowieka. Jednak, co podkreślił bardzo wyraźnie, nie dotyczy ona pojedynczego genu, ani kształtu nosa u potomstwa tylko ewolucji myśli, dorobku cywilizacji, nauki i wiedzy, w tym psychologicznej chociażby o zachowaniach ludzkich lub inżynieryjnej pozwalającej nam inaczej i wydajniej żyć, leczyć się, bogacić, rozwijać.

Tymczasem zwolennicy ewolucjonizmu wywodzący się ze szkoły Dawkinsa i Davida Buzza twierdzą w dużym skrócie, że to co decyduje o życiowym sukcesie to seksualna atrakcyjność połączona z pewnymi cechami zwiększającymi szanse reprodukcyjne. Zdaniem Richarda Dawkinsa pojedyncza istota ludzka nie ma żadnego znaczenia, liczy się tylko to czy dany gatunek przekaże pojedynczy gen następnemu pokoleniu.

Zdaniem Davida Buzza biorąc pierwszy lepszy z brzegu przykład większe szanse na założenie rodziny ma kobieta o odpowiednich proporcjach, statusie społecznym, kolorze skóry oczu i włosów milcząca i niezbyt ambitna. Ma młodo wyglądać i mieć symetryczną twarz. A mężczyzna powinien dużo skakać z kwiatka na kwiatek gdyż ma biologicznie uwarunkowany sukces reprodukcyjny polegający na zapłodnieniu jak największej liczby partnerek.

Buzz twierdzi jeszcze, że 50% panów nie ma żadnych emocjonalnych problemów z urozmaiceniem życia rodzinnego poprzez uatrakcyjnienie życia seksualnego z kimkolwiek bądź kto spełnia podstawowe kryteria fizyczne na tzw. seks na 3 noce. Bardzo dużo w tej książce strategii manipulacji drugim człowiekiem, dobierania się w pary poprzez symulacje i oszustwa, i kłamstwa. Jest to pozycja korzystna gdyż wyjaśnia zwłaszcza kobietom bardzo dokładnie czym różni się zaangażowanie i zainteresowanie tzw. długoterminowe od krótkoterminowego. Wszystkie te rewelacje promowane są przez utrzymywane crowdfundingiem instytuty, blogi, ngo-sy, stowarzyszenia etc.utrzymując autora na dobrym życiowym poziomie.

Jest jednak coś o czym Buzz milczy. Milczy mianowicie o lękach, blokadach, kompleksach. Bo czy w ankiecie firmy Durex, która posłużyła za podstawę przeprowadzonego badania jakikolwiek facet przyzna się do tego, że się czegoś boi? Sama przeżyłam przecież wiele podobnych historii - gdy mężczyźni przyznawali się wprost, że nie startują do tych, do których chcieliby startować a tylko do tych, nad którymi mają przewagę  i u których czują, że mają po prostu szanse. Niedawno usłyszałam od kogoś: "Jesteś czymś o galaktykę więcej niż mogę w życiu mieć" będąc jedynie kandydatką na chwilowe urozmaicenie najwidoczniej dość nudnego życia pomimo tego, że autor tych słów to na pozór człowiek sukcesu i nagradzany dziennikarz. Ale blokady wewnętrzne pokierowały jego życiem tak a nie inaczej.

Jedno wiem. Że Bóg na pewno istnieje. Wielokrotnie doświadczałam jego osłony przed złem w trudnych momentach, wychodząc obronną ręką z zagrożeń. Bóg istnieje a jeśli coś od niego pochodzi to właśnie miłość - miłość, która każe spojrzeć nie tylko przewagą, dominacją, potencjałem rozrodczym, ale wspólnymi zainteresowaniami, partnerstwem, zaufaniem, bezpieczeństwem, które kreują zarówno szczęśliwe partnerskie związki jak i dobre bliskie przyjaźnie. Ta miłość pochodząca od Boga jest zaprzeczeniem manipulacji, kłamstwa i wykorzystania drugiego.

Na pewno jednak należy opanować zdolność do żartu, radości, uśmiechu i flirtu, bo ten jeszcze nikomu nie zaszkodził i jest warunkiem wstępnym wszelkich udanych relacji :)


Tuesday, January 31, 2017

O ojcach, córkach i partnerstwie

Trochę przemyśleń. Zanim napiszę Wam tu znowu coś o Ukrainie to podzielę się bardzo krótką refleksją na temat, który ostatnio mnie bardzo nurtuje.

Podobno ambitne kobiety odstraszają, bo robią wrażenie, że nie umieją i nie chcą troszczyć się o rodzinę.

Co za głupia moda, myślę sobie, że zanika partnerstwo a wraca zachęcanie do porzucania ambicji przez płeć piękną na rzecz zajęcia się rodziną.

Panom powiem tylko tyle: Czy jako ojciec byś córce powiedział, że ma nie rozwijać swoich zdolności, nie stawiać sobie żadnych celów w życiu bo męża nie znajdzie? Chyba wystarczy powiedzieć, że trzeba pracować nad równowagą, i robić karierę tak, aby nie zatracić uśmiechu i delikatności. Jest to trudne, ale nie niemożliwe.

Więc córce byś nie podcinał skrzydeł, tak? Spójrz zatem na życiową partnerkę, koleżankę, przyjaciółkę jak na córkę i znajdziesz odpowiedź.

Do tego jeszcze dochodzi problem tego, że mamy być uśmiechnięte, serdeczne, miłe i otwarte. Tylko, że nie wiem jak u innych - u mnie to jest reakcja na to czy Ty jesteś uprzejmy, opiekuńczy i pomocny i dobrze Ci z oczu patrzy.

Kolejna luźna myśl jest taka, że jesteśmy wszechstronne. W sensie, żadne nasze ambicje nie zmienią marzenia o posiadaniu kogoś kogo warto kochać a komu okazuje się troskę. Tylko to wymaga elastyczności i partnerstwa: innymi słowy odgrzej sobie proszę wczorajszą zupę bo nie chce mi się codziennie stać w kuchni.

Boimy się jako ludzie wielu rzeczy. Czasem tego, że będziemy ciągnąć ten wózek, posiadając partnera siedzącego przed tv. Czasem tego, że padniemy ofiarą roszczeń i sterty oczekiwań jak ze sklepu z listą zakupów z zaprojektowanym wyobrażeniem.

Myślę, że trzeba wierzyć, nie bać się, ale i nie patrzeć powierzchownie na ludzi. Ludzie są wszechstronni i tak samo jak potrafią zarządzać organizacjami pozarządowymi i tworzyć projekty, tak samo umieją i lubią gotować a i robią to jak Gessler ;)

Aha miało być o ojcach. Dzisiaj są jego urodziny. Zawdzięczam mu to, że nigdy nie usłyszałam, że coś jest nie dla mnie, czegoś nie umiem lub coś mi się nie uda.

Tuesday, January 10, 2017

Anioły czuwały

Zeszło z koleżanką przy herbacie na rodzinne opowieści. Jakoś wyszło od omawiania językowych regionalnych tożsamości a skończyło się na sadze rodzinnej. Urodzona w wiosce na Doniecczyźnie babcia całe życie mówiła po ukraińsku tak samo jak i druga babcia urodzona w czerkaskiej oblasti. Ojca babci urodzonej w czerkaskiej oblasti ogarnęły represje NKWD. W ostatniej chwili spakował manatki i wyjechał na Krym, w pierwsze miejsce gdzie miał u kogo się ukryć. Rodzinie w czas Wielkiego Głodu zabrali nawet dżemy i suszone grzyby. Ludzie zjedli wszystko co mogli zjeść. Koty, psy, ptaki ustrzelone z procy. W pewnym momencie przeszli lasami na Donbas aby było lżej. 

W czas Wielkiego Głodu zabrali nawet dżemy i suszone grzyby. Ludzie zjedli wszystko co mogli zjeść. Koty, psy, ptaki ustrzelone z procy. W pewnym momencie przeszli lasami na Donbas aby było lżej. W czas Wielkiego Głodu pracujący w jakiejś fabryce na Krymie ojciec przysyłał do znajomych do sąsiedniej wioski suchary. Aby je odebrać trzeba było przez las przejść szmat drogi. pewnego dnia głód zmusił kogoś do morderstwa i w ten sposób matki już nie było. Na dzień dobry w domu dziecka wyniesiono dwa martwe ciała, bo tam też nie było co jeść. Szczęśliwie przeżył starszy brat, którego wychowawczyni powiadomiła o nieszczęściu i wyprowadzała rodzeństwo z dietdoma karmić narażając siebie na represje. Pewnego dnia powiedziała: -Idźcie dalej tą drogą nie oglądając się za siebie. Babcia z bratem szli, długo szli, końca pustki nie było widać. Az w pewnym momencie ojciec czekał. NKWD nie pozwoliło skończyć szkoły, wyrzucało z pracy i tak przez wiele lat. 

W 2004 roku w wiosce staruszka, która nie miała siły iść do sklepu na zakupy o 9 rano zadzwoniła do rodziny i pyta: - A Wy już głosowaliście na Juszczenkę? Macie iść głosować. Ja już po. 



***
Z Lvivskiej Majsterni do Opery na Sylfidę piechotą. Wokół miasto, które patrzy cierpliwie na niezależność z popiołów odrodzoną.

Friday, December 2, 2016

Piaseckiej zapiski przy śniadaniu



Ten wpis będzie o filozofii, bo ot taki sobie mnie nastrój dopadł ostatnimi czasy.

Arkusz z pytaniami do matury próbnej z Wiedzy o Społeczeństwie. Na zdjęciu ojciec pochylający się nad niemowlęciem w wózku. Pytanie brzmi: „Rozstrzygnij, czy zdjęcie ilustruje tradycyjny model rodziny. Swoje zdanie uzasadnij, odwołując się do fotografii”. Poprawna odpowiedź: To nie jest rodzina tradycyjna. Opieka nad dziećmi jest zadaniem kobiety.

To zadanie z przykładowych testów do matury próbnej wydawnictwa Operon. Przyznam, że jestem w szoku i bardzo głęboko mnie to niepokoi. Rozumiem, że jest kryzys męskości i mężczyźni mają kłopoty z odnalezieniem się w nowym świecie i otaczającej ich rzeczywistości. Ale gdy ostatnio powiedziałam jednemu z czołowych polskich publicystów, że socjologia życia rodzinnego zwija się i powraca do mieszczańskiego modelu rodem z 19 wieku, to powiedział, że nie mam racji. Czyżby? Powyższe to przykład, że niestety chyba mam rację i na siłę stara się wszystkich uszczęśliwić tworząc społeczny paradygmat dający optymalny wynik urodzeń, w którym indywidualna samorealizacja gówno znaczy. Powiało feminizmem? Może.

Sęk w tym, że sprawy tak intymne jak dynamika relacji damsko-męskich i umówione role w rodzinie i zachowanie wobec partnera powinny pozostać w sferze intymności i wzajemnej umowy, a nie zdefiniowanych z góry przepisów na kobiecość i męskość. Tak twierdzę, bo ludzie są bardzo różni i mają różne potrzeby.

Nie dzielimy się na dwa wrogie obozy i wojnę płci, tylko na wrażliwych, pragnących szczęścia w większości dobrych ludzi tylko dochodzących do tego różnymi drogami.

Czy jednak jest coś co sprawia, że współczesny facet czuje się niepewny i zagubiony? Owszem, tak. Zdrowo poukładany mężczyzna, który nie jest socjopatą i tyranem ma potrzebę przewodzenia w dobrej sprawie, bycia liderem, osobą odpowiedzialną za to dokąd płynie statek o nazwie "moja rodzina" i dumnym z sukcesu. Kolega ostatnio wyjaśnił mi to poniższym obrazkiem:







Z czego to na dole to istota męskich marzeń. Tylko no, mamy problem James. Bo co gdy ma się do czynienia z osobą atrakcyjną, ale ogółem radzącą sobie, silną i niespecjalnie kruchą księżniczką do ratowania? Jak wtedy się odnaleźć, jeśli osoba kręci i pociąga a jednocześnie ma się wrażenie, że nie dopuszcza do siebie ludzi łatwo, albo, że nie ma się nad nią przewagi?

W przypadku kobiety, która umie wysyłać właściwe sygnały, problem znika. Gdy mężczyzna czuje się silniejszy i pewniejszy, pojawia się właściwa dla szczęśliwego romansu dynamika i napięcie emocjonalne, gdy obydwie strony przynajmniej przez pewien czas czują się szczęśliwe.

Natomiast gdy ma się do czynienia z osobą, która na pozór sobie super radzi, prowadzi intensywne życie w ogromnym tempie, to to przeraża. Wtedy pada sakralne "Nie nadążę za Tobą".

W związku też potrzebna jest samorealizacja i znalezienie sobie osoby, która nam w tym pomaga. Jest po prostu potrzeba znalezienia swojego bezpiecznego miejsca w relacji z drugim człowiekiem. Czegoś takiego, że ok, Ty robisz to i to lepiej, ale jakby co, to jestem do czegoś Ci potrzebny (i nie jest to tylko seks).

Do tego dochodzi problem tego w jakich okolicznościach spotykamy płeć przeciwną będąc po 30-tce. Jest to najczęściej praca a w niej wznosimy się na wyżyny swojego profesjonalizmu, i nie mamy w pracy płci, z obawy przed utratą profesjonalnej twarzy, a na menedżerskim stanowisku - z obawy przed utratą autorytetu. 

Nosimy wiele masek i zachowań dostosowanych do sytuacji w jakich jesteśmy i boimy się je zdjąć, nie chcemy ich zdejmować bo grożą utratą bezpieczeństwa. 

Co zatem można zrobić aby wzajemnie sobie zaufać i stworzyć dobrą atmosferę, aby skrócić dystans i poznać drugą osobę bliżej? 

Nie mogę odpowiedzieć za wszystkich, bo każdy jest inny, ale wiem, że im więcej dostaję bezwarunkowego wsparcia, bezwarunkowej pomocy i bezwarunkowego bycia obok, czy mam dobry humor, czy zły, czy jestem uśmiechnięta czy marudna, im mniej ktoś ode mnie wymaga abym była wiecznie w formie, tym bardziej się otwieram i tym bardziej mogę zaufać. Kobieta nie chodzi na czole z plakietką przystępności dla każdego jak leci, chociaż męskie ego często na tym cierpi. 

Bezwarunkowe wsparcie praktycznie zawsze spotka się z delikatnością, która być może całymi latami schowana uwypukla się i kwitnie w uśmiechu. No i nie oznacza to bycia potulnym pieskiem pantoflarzem. 

A jeśli się nie spotka, to no cóż, głupie baby chodzą po tej ziemi, tak samo jak i mężczyźni idioci. 

No to jak to jest z tym przewodzeniem i potrzebą posiadania przewagi i kontroli? Mężczyźni lubią mieć taką świadomość a miłość i odpowiedzialność każe im tego nie wykorzystywać. U każdego jest to w indywidualnym natężeniu, u jednego silniejsze u drugiego mniej. 

Z mojego punktu widzenia posłużę się parafrazą Szymborskiej, mogę powiedzieć: Cwałuj przy mnie jak drugi rozpędzony koń, a gdy się potknę nie czekaj aż zajęczę tylko podnieś do góry mocno aż na nogi wstanę i będziemy sobie biegnąć dalej. Gdy się potkniesz to wesprę Cię tak, że nawet tego nie zauważysz i duma Ci na niczym nie ucierpi, i będziemy sobie biegnąć dalej. 

Generalnie to, gdy mamy z drugą osobą poczucie, harmonii, swobody emocjonalnej, braku lęku i braku potrzeby tłumaczenia rzeczy najprostszych trzeba to cenić bez względu na wszystko. Takich osób najczęściej spotkamy w życiu kilka, a jedna z nich będzie dla nas. 

Friday, October 28, 2016

Tam dom Twój, gdzie Twoje buty stoją

Jedna z bardzo bliskich mi osób zapytała się ostatnio, gdzie mam dom. Dosłownie takimi słowami:
- Gdzie jest Twój dom?

Mniejsza o okoliczności, skłoniło mnie to do refleksji. A może podsumowania pewnego procesu myślowego, który odbywa się we mnie od kilku miesięcy.

Moim domem jest to nie do końca ładne sowieckie mieszkanko w pewnej nawet niebrzydkiej części Kijowa. Nawet jeśli wymaga ono remontu, na który nie mam czasu, czasem pieniędzy a czasem po prostu zwykłego wsparcia w użeraniu się z robotnikami, bo jako kobieta nie specjalnie lubię bluzgać na kogokolwiek.

Jest owszem we mnie ogromna potrzeba wymiany myśli w moim własnym języku. Rozumienia moich kodów i funkcjonowania bez potrzeby wyjaśniania komuś rzeczy najprostszych, oczywistych na poziomie nieomal podprogowym. Jeśli nawet muszę obejrzeć Misia jeszcze raz bo widziałam go bardzo dawno temu, to zrozumiem kody i odniesienia, z którymi się on kojarzy. I to wcale nie oznacza braku zaciekawienia Ukrainą i jej kodami. Wcale nie oznacza braku chęci i radości ze spędzania czasu z ukraińskimi znajomymi.

Nie oznacza to też tęsknoty za Polską jako taką, z jej wszelkimi przywarami i problemami, Januszami i Agatami, ale świat porozumienia w pewnym określonym kręgu znaczeń. To potrzeba istotna, do której zapełnienia chcę dążyć.

Czy to jest praca misjonarza, dyplomaty, pracownika organizacji pozarządowej, każdy on służy swojemu państwu lub wartościom szerszym i musi się w tych potrzebach odnaleźć i jakoś je sobie poukładać.