Wednesday, June 21, 2017

Nudne, nie czytać!

Będzie nie o Ukrainie. Koleżanka wrzuciła krytyczny artykuł o pewnym polskim podróżniku i całkiem utalentowanym pisarzu fact fiction WC.

WC kreuje w Polsce typowy amerykański wyostrzony spór dialektyczny pomiędzy kreacjonizmem a ewolucjonizmem.

Przy czym jest to spór naprawdę ostry, polega na istnieniu dwóch przeciwstawnych obozów, z których jeden wierzy, że Bóg stworzył świat w 7 dni, a drugi, że Bóg nie istnieje a wszystko jest dziełem przypadku, nie liczy się pojedynczy człowiek tylko pojedynczy gen. Wszyscy są egocentrykami bo to się najbardziej opłaca, a jeśli doświadczamy pomocy, troski czy wsparcia to to też się najbardziej opłaca i nie ma w tym niczego pozaziemskiego.

To tylko przedsmak, zarysowanie tematu. Jest to spór Europie obcy, gdyż Europa jest przeważnie filozoficzna, oparta w religii nie na fundamentalizmie i sztywnym pojmowaniu dogmatów, tylko na rozważaniach. Kościół katolicki dawno uznał ewolucję za więcej niż teorię, a w Europie praktycznie nie istnieje tak czarno biały podział świata na dwa ekstrema wzbudzające wielkie emocje.

Te emocje się sprzedają a im bardziej ekstremalne tym więcej podgrzewają temperaturę, a że praktycznie wszystko w USA polega na crowdfundingu to służy to właśnie temu - zdobyciu finansowania na kolejną książkę, konferencję, publikację czy projekt i dotyczy to obydwu stron tego wydumanego sporu.

Skoro już jednak on istnieje to warto bliżej parę rzeczy powiedzieć bo niewykluczone, że pewnego dnia nie będzie to omawiane jedynie na katedrach biologicznych.

Profesor Jerzy Dzik w 200-lecie urodzin Darwina opublikował felieton o ewolucji, podkreślając jej znaczenie dla człowieka. Jednak, co podkreślił bardzo wyraźnie, nie dotyczy ona pojedynczego genu, ani kształtu nosa u potomstwa tylko ewolucji myśli, dorobku cywilizacji, nauki i wiedzy, w tym psychologicznej chociażby o zachowaniach ludzkich lub inżynieryjnej pozwalającej nam inaczej i wydajniej żyć, leczyć się, bogacić, rozwijać.

Tymczasem zwolennicy ewolucjonizmu wywodzący się ze szkoły Dawkinsa i Davida Buzza twierdzą w dużym skrócie, że to co decyduje o życiowym sukcesie to seksualna atrakcyjność połączona z pewnymi cechami zwiększającymi szanse reprodukcyjne. Zdaniem Richarda Dawkinsa pojedyncza istota ludzka nie ma żadnego znaczenia, liczy się tylko to czy dany gatunek przekaże pojedynczy gen następnemu pokoleniu.

Zdaniem Davida Buzza biorąc pierwszy lepszy z brzegu przykład większe szanse na założenie rodziny ma kobieta o odpowiednich proporcjach, statusie społecznym, kolorze skóry oczu i włosów milcząca i niezbyt ambitna. Ma młodo wyglądać i mieć symetryczną twarz. A mężczyzna powinien dużo skakać z kwiatka na kwiatek gdyż ma biologicznie uwarunkowany sukces reprodukcyjny polegający na zapłodnieniu jak największej liczby partnerek.

Buzz twierdzi jeszcze, że 50% panów nie ma żadnych emocjonalnych problemów z urozmaiceniem życia rodzinnego poprzez uatrakcyjnienie życia seksualnego z kimkolwiek bądź kto spełnia podstawowe kryteria fizyczne na tzw. seks na 3 noce. Bardzo dużo w tej książce strategii manipulacji drugim człowiekiem, dobierania się w pary poprzez symulacje i oszustwa, i kłamstwa. Jest to pozycja korzystna gdyż wyjaśnia zwłaszcza kobietom bardzo dokładnie czym różni się zaangażowanie i zainteresowanie tzw. długoterminowe od krótkoterminowego. Wszystkie te rewelacje promowane są przez utrzymywane crowdfundingiem instytuty, blogi, ngo-sy, stowarzyszenia etc.utrzymując autora na dobrym życiowym poziomie.

Jest jednak coś o czym Buzz milczy. Milczy mianowicie o lękach, blokadach, kompleksach. Bo czy w ankiecie firmy Durex, która posłużyła za podstawę przeprowadzonego badania jakikolwiek facet przyzna się do tego, że się czegoś boi? Sama przeżyłam przecież wiele podobnych historii - gdy mężczyźni przyznawali się wprost, że nie startują do tych, do których chcieliby startować a tylko do tych, nad którymi mają przewagę  i u których czują, że mają po prostu szanse. Niedawno usłyszałam od kogoś: "Jesteś czymś o galaktykę więcej niż mogę w życiu mieć" będąc jedynie kandydatką na chwilowe urozmaicenie najwidoczniej dość nudnego życia pomimo tego, że autor tych słów to na pozór człowiek sukcesu i nagradzany dziennikarz. Ale blokady wewnętrzne pokierowały jego życiem tak a nie inaczej.

Jedno wiem. Że Bóg na pewno istnieje. Wielokrotnie doświadczałam jego osłony przed złem w trudnych momentach, wychodząc obronną ręką z zagrożeń. Bóg istnieje a jeśli coś od niego pochodzi to właśnie miłość - miłość, która każe spojrzeć nie tylko przewagą, dominacją, potencjałem rozrodczym, ale wspólnymi zainteresowaniami, partnerstwem, zaufaniem, bezpieczeństwem, które kreują zarówno szczęśliwe partnerskie związki jak i dobre bliskie przyjaźnie. Ta miłość pochodząca od Boga jest zaprzeczeniem manipulacji, kłamstwa i wykorzystania drugiego.

Na pewno jednak należy opanować zdolność do żartu, radości, uśmiechu i flirtu, bo ten jeszcze nikomu nie zaszkodził i jest warunkiem wstępnym wszelkich udanych relacji :)


Tuesday, January 31, 2017

O ojcach, córkach i partnerstwie

Trochę przemyśleń. Zanim napiszę Wam tu znowu coś o Ukrainie to podzielę się bardzo krótką refleksją na temat, który ostatnio mnie bardzo nurtuje.

Podobno ambitne kobiety odstraszają, bo robią wrażenie, że nie umieją i nie chcą troszczyć się o rodzinę.

Co za głupia moda, myślę sobie, że zanika partnerstwo a wraca zachęcanie do porzucania ambicji przez płeć piękną na rzecz zajęcia się rodziną.

Panom powiem tylko tyle: Czy jako ojciec byś córce powiedział, że ma nie rozwijać swoich zdolności, nie stawiać sobie żadnych celów w życiu bo męża nie znajdzie? Chyba wystarczy powiedzieć, że trzeba pracować nad równowagą, i robić karierę tak, aby nie zatracić uśmiechu i delikatności. Jest to trudne, ale nie niemożliwe.

Więc córce byś nie podcinał skrzydeł, tak? Spójrz zatem na życiową partnerkę, koleżankę, przyjaciółkę jak na córkę i znajdziesz odpowiedź.

Do tego jeszcze dochodzi problem tego, że mamy być uśmiechnięte, serdeczne, miłe i otwarte. Tylko, że nie wiem jak u innych - u mnie to jest reakcja na to czy Ty jesteś uprzejmy, opiekuńczy i pomocny i dobrze Ci z oczu patrzy.

Kolejna luźna myśl jest taka, że jesteśmy wszechstronne. W sensie, żadne nasze ambicje nie zmienią marzenia o posiadaniu kogoś kogo warto kochać a komu okazuje się troskę. Tylko to wymaga elastyczności i partnerstwa: innymi słowy odgrzej sobie proszę wczorajszą zupę bo nie chce mi się codziennie stać w kuchni.

Boimy się jako ludzie wielu rzeczy. Czasem tego, że będziemy ciągnąć ten wózek, posiadając partnera siedzącego przed tv. Czasem tego, że padniemy ofiarą roszczeń i sterty oczekiwań jak ze sklepu z listą zakupów z zaprojektowanym wyobrażeniem.

Myślę, że trzeba wierzyć, nie bać się, ale i nie patrzeć powierzchownie na ludzi. Ludzie są wszechstronni i tak samo jak potrafią zarządzać organizacjami pozarządowymi i tworzyć projekty, tak samo umieją i lubią gotować a i robią to jak Gessler ;)

Aha miało być o ojcach. Dzisiaj są jego urodziny. Zawdzięczam mu to, że nigdy nie usłyszałam, że coś jest nie dla mnie, czegoś nie umiem lub coś mi się nie uda.

Tuesday, January 10, 2017

Anioły czuwały

Zeszło z koleżanką przy herbacie na rodzinne opowieści. Jakoś wyszło od omawiania językowych regionalnych tożsamości a skończyło się na sadze rodzinnej. Urodzona w wiosce na Doniecczyźnie babcia całe życie mówiła po ukraińsku tak samo jak i druga babcia urodzona w czerkaskiej oblasti. Ojca babci urodzonej w czerkaskiej oblasti ogarnęły represje NKWD. W ostatniej chwili spakował manatki i wyjechał na Krym, w pierwsze miejsce gdzie miał u kogo się ukryć. Rodzinie w czas Wielkiego Głodu zabrali nawet dżemy i suszone grzyby. Ludzie zjedli wszystko co mogli zjeść. Koty, psy, ptaki ustrzelone z procy. W pewnym momencie przeszli lasami na Donbas aby było lżej. 

W czas Wielkiego Głodu zabrali nawet dżemy i suszone grzyby. Ludzie zjedli wszystko co mogli zjeść. Koty, psy, ptaki ustrzelone z procy. W pewnym momencie przeszli lasami na Donbas aby było lżej. W czas Wielkiego Głodu pracujący w jakiejś fabryce na Krymie ojciec przysyłał do znajomych do sąsiedniej wioski suchary. Aby je odebrać trzeba było przez las przejść szmat drogi. pewnego dnia głód zmusił kogoś do morderstwa i w ten sposób matki już nie było. Na dzień dobry w domu dziecka wyniesiono dwa martwe ciała, bo tam też nie było co jeść. Szczęśliwie przeżył starszy brat, którego wychowawczyni powiadomiła o nieszczęściu i wyprowadzała rodzeństwo z dietdoma karmić narażając siebie na represje. Pewnego dnia powiedziała: -Idźcie dalej tą drogą nie oglądając się za siebie. Babcia z bratem szli, długo szli, końca pustki nie było widać. Az w pewnym momencie ojciec czekał. NKWD nie pozwoliło skończyć szkoły, wyrzucało z pracy i tak przez wiele lat. 

W 2004 roku w wiosce staruszka, która nie miała siły iść do sklepu na zakupy o 9 rano zadzwoniła do rodziny i pyta: - A Wy już głosowaliście na Juszczenkę? Macie iść głosować. Ja już po. 



***
Z Lvivskiej Majsterni do Opery na Sylfidę piechotą. Wokół miasto, które patrzy cierpliwie na niezależność z popiołów odrodzoną.

Friday, December 2, 2016

Piaseckiej zapiski przy śniadaniu



Ten wpis będzie o filozofii, bo ot taki sobie mnie nastrój dopadł ostatnimi czasy.

Arkusz z pytaniami do matury próbnej z Wiedzy o Społeczeństwie. Na zdjęciu ojciec pochylający się nad niemowlęciem w wózku. Pytanie brzmi: „Rozstrzygnij, czy zdjęcie ilustruje tradycyjny model rodziny. Swoje zdanie uzasadnij, odwołując się do fotografii”. Poprawna odpowiedź: To nie jest rodzina tradycyjna. Opieka nad dziećmi jest zadaniem kobiety.

To zadanie z przykładowych testów do matury próbnej wydawnictwa Operon. Przyznam, że jestem w szoku i bardzo głęboko mnie to niepokoi. Rozumiem, że jest kryzys męskości i mężczyźni mają kłopoty z odnalezieniem się w nowym świecie i otaczającej ich rzeczywistości. Ale gdy ostatnio powiedziałam jednemu z czołowych polskich publicystów, że socjologia życia rodzinnego zwija się i powraca do mieszczańskiego modelu rodem z 19 wieku, to powiedział, że nie mam racji. Czyżby? Powyższe to przykład, że niestety chyba mam rację i na siłę stara się wszystkich uszczęśliwić tworząc społeczny paradygmat dający optymalny wynik urodzeń, w którym indywidualna samorealizacja gówno znaczy. Powiało feminizmem? Może.

Sęk w tym, że sprawy tak intymne jak dynamika relacji damsko-męskich i umówione role w rodzinie i zachowanie wobec partnera powinny pozostać w sferze intymności i wzajemnej umowy, a nie zdefiniowanych z góry przepisów na kobiecość i męskość. Tak twierdzę, bo ludzie są bardzo różni i mają różne potrzeby.

Nie dzielimy się na dwa wrogie obozy i wojnę płci, tylko na wrażliwych, pragnących szczęścia w większości dobrych ludzi tylko dochodzących do tego różnymi drogami.

Czy jednak jest coś co sprawia, że współczesny facet czuje się niepewny i zagubiony? Owszem, tak. Zdrowo poukładany mężczyzna, który nie jest socjopatą i tyranem ma potrzebę przewodzenia w dobrej sprawie, bycia liderem, osobą odpowiedzialną za to dokąd płynie statek o nazwie "moja rodzina" i dumnym z sukcesu. Kolega ostatnio wyjaśnił mi to poniższym obrazkiem:







Z czego to na dole to istota męskich marzeń. Tylko no, mamy problem James. Bo co gdy ma się do czynienia z osobą atrakcyjną, ale ogółem radzącą sobie, silną i niespecjalnie kruchą księżniczką do ratowania? Jak wtedy się odnaleźć, jeśli osoba kręci i pociąga a jednocześnie ma się wrażenie, że nie dopuszcza do siebie ludzi łatwo, albo, że nie ma się nad nią przewagi?

W przypadku kobiety, która umie wysyłać właściwe sygnały, problem znika. Gdy mężczyzna czuje się silniejszy i pewniejszy, pojawia się właściwa dla szczęśliwego romansu dynamika i napięcie emocjonalne, gdy obydwie strony przynajmniej przez pewien czas czują się szczęśliwe.

Natomiast gdy ma się do czynienia z osobą, która na pozór sobie super radzi, prowadzi intensywne życie w ogromnym tempie, to to przeraża. Wtedy pada sakralne "Nie nadążę za Tobą".

W związku też potrzebna jest samorealizacja i znalezienie sobie osoby, która nam w tym pomaga. Jest po prostu potrzeba znalezienia swojego bezpiecznego miejsca w relacji z drugim człowiekiem. Czegoś takiego, że ok, Ty robisz to i to lepiej, ale jakby co, to jestem do czegoś Ci potrzebny (i nie jest to tylko seks).

Do tego dochodzi problem tego w jakich okolicznościach spotykamy płeć przeciwną będąc po 30-tce. Jest to najczęściej praca a w niej wznosimy się na wyżyny swojego profesjonalizmu, i nie mamy w pracy płci, z obawy przed utratą profesjonalnej twarzy, a na menedżerskim stanowisku - z obawy przed utratą autorytetu. 

Nosimy wiele masek i zachowań dostosowanych do sytuacji w jakich jesteśmy i boimy się je zdjąć, nie chcemy ich zdejmować bo grożą utratą bezpieczeństwa. 

Co zatem można zrobić aby wzajemnie sobie zaufać i stworzyć dobrą atmosferę, aby skrócić dystans i poznać drugą osobę bliżej? 

Nie mogę odpowiedzieć za wszystkich, bo każdy jest inny, ale wiem, że im więcej dostaję bezwarunkowego wsparcia, bezwarunkowej pomocy i bezwarunkowego bycia obok, czy mam dobry humor, czy zły, czy jestem uśmiechnięta czy marudna, im mniej ktoś ode mnie wymaga abym była wiecznie w formie, tym bardziej się otwieram i tym bardziej mogę zaufać. Kobieta nie chodzi na czole z plakietką przystępności dla każdego jak leci, chociaż męskie ego często na tym cierpi. 

Bezwarunkowe wsparcie praktycznie zawsze spotka się z delikatnością, która być może całymi latami schowana uwypukla się i kwitnie w uśmiechu. No i nie oznacza to bycia potulnym pieskiem pantoflarzem. 

A jeśli się nie spotka, to no cóż, głupie baby chodzą po tej ziemi, tak samo jak i mężczyźni idioci. 

No to jak to jest z tym przewodzeniem i potrzebą posiadania przewagi i kontroli? Mężczyźni lubią mieć taką świadomość a miłość i odpowiedzialność każe im tego nie wykorzystywać. U każdego jest to w indywidualnym natężeniu, u jednego silniejsze u drugiego mniej. 

Z mojego punktu widzenia posłużę się parafrazą Szymborskiej, mogę powiedzieć: Cwałuj przy mnie jak drugi rozpędzony koń, a gdy się potknę nie czekaj aż zajęczę tylko podnieś do góry mocno aż na nogi wstanę i będziemy sobie biegnąć dalej. Gdy się potkniesz to wesprę Cię tak, że nawet tego nie zauważysz i duma Ci na niczym nie ucierpi, i będziemy sobie biegnąć dalej. 

Generalnie to, gdy mamy z drugą osobą poczucie, harmonii, swobody emocjonalnej, braku lęku i braku potrzeby tłumaczenia rzeczy najprostszych trzeba to cenić bez względu na wszystko. Takich osób najczęściej spotkamy w życiu kilka, a jedna z nich będzie dla nas. 

Friday, October 28, 2016

Tam dom Twój, gdzie Twoje buty stoją

Jedna z bardzo bliskich mi osób zapytała się ostatnio, gdzie mam dom. Dosłownie takimi słowami:
- Gdzie jest Twój dom?

Mniejsza o okoliczności, skłoniło mnie to do refleksji. A może podsumowania pewnego procesu myślowego, który odbywa się we mnie od kilku miesięcy.

Moim domem jest to nie do końca ładne sowieckie mieszkanko w pewnej nawet niebrzydkiej części Kijowa. Nawet jeśli wymaga ono remontu, na który nie mam czasu, czasem pieniędzy a czasem po prostu zwykłego wsparcia w użeraniu się z robotnikami, bo jako kobieta nie specjalnie lubię bluzgać na kogokolwiek.

Jest owszem we mnie ogromna potrzeba wymiany myśli w moim własnym języku. Rozumienia moich kodów i funkcjonowania bez potrzeby wyjaśniania komuś rzeczy najprostszych, oczywistych na poziomie nieomal podprogowym. Jeśli nawet muszę obejrzeć Misia jeszcze raz bo widziałam go bardzo dawno temu, to zrozumiem kody i odniesienia, z którymi się on kojarzy. I to wcale nie oznacza braku zaciekawienia Ukrainą i jej kodami. Wcale nie oznacza braku chęci i radości ze spędzania czasu z ukraińskimi znajomymi.

Nie oznacza to też tęsknoty za Polską jako taką, z jej wszelkimi przywarami i problemami, Januszami i Agatami, ale świat porozumienia w pewnym określonym kręgu znaczeń. To potrzeba istotna, do której zapełnienia chcę dążyć.

Czy to jest praca misjonarza, dyplomaty, pracownika organizacji pozarządowej, każdy on służy swojemu państwu lub wartościom szerszym i musi się w tych potrzebach odnaleźć i jakoś je sobie poukładać.

Sunday, September 25, 2016

O reformach

Moim ukraińskim przyjaciołom przykro to będzie czytać, ale  pewna miara wkurzenia przelała czarę.

Ten post będzie o usługach i ich jakości oraz o tym co wynika z tego dla ukraińskich reform




Chcesz remont zrobić? Najlepiej jeśli to zrobi ktoś z bardzo bliskiej rodziny, najlepiej mąż albo ojciec, lub brat bo nikomu innemu nie można ufać.

Scena Pierwsza:

Wymiana okien. Październik 2014. Bardzo zadowolona, właścicielka wymienia okna. Wracam do domu i patrzę i oczom nie wierzę: na podłodze syf, wszędzie pył, okna zamontowane bez zdarcia fabrycznych oznaczeń i taśm, stylowe obrzyganie dokoła pianką silikonową chyba dla ozdoby w myśl jakiegoś specyficznego gustu, ale na pewno nie mojego. Stare mówię, że mają wyrzucić na śmietnik bo chcieli mi je w pokoju zostawić. Mówią:

- Od biedy 200 Hrywien i wyniesiemy.

Ja im na to, że mają wynieść i już i że dostała swołocz 30 tysięcy hrywien, i że ja na takie pieniądze kilka miesięcy zarabiam. Uparci zbierają się do wyjścia. Zaczęłam krzyczeć na całe piętro, zlecieli się sąsiedzi, pytają o co chodzi. Remonciarze w końcu wynieśli okna na śmietnik. Już bez łapówki.

Scena Druga:

Nowa pralka z Comfy

- My już pod klatką czy pani jest w domu?
- Ale mieli Państwo zadzwonić o 2 godziny wcześniej!!! Nie ma mnie w domu i nie będzie, umawialiśmy się na popołudnia.

Taka polka kabaretka trwa jakiś czas. W końcu dostarczają po 22 w sobotę i mówią, że narzędzi nie wzięli bo samochód im się zepsuł i coś tam. Ja na to:

-Panowie, ale to nie moja sprawa, nic mnie to nie obchodzi. Zapłaciłam, macie zrobić i już.

Za wyniesienie starej pralki na korytarz chcieli 100 UAH. Nic nie dałam i starym sposobem zaczęłam wrzeszczeć. A, że zbliżała się 23 to szybko zrobili co trzeba i się wynieśli.

Kosztowała mnie ta sytuacja nerwy i wielką awanturę z już eks facetem bo tak byłam zła, że go akurat pod ręką nie ma, że aż nawrzeszczałam okropnie.

- Wiesz, ale to nie jest kwestia czy kogoś akurat masz, bo jakość ukraińskich usług to legendarny problem i niejednemu facetowi to spędza sen z powiek. - mówi mi młody żonaty kolega.

- Ok, ale Tobie wypada pobić takiego jednego z drugim, jak już nic innego nie zadziała a mi nie. Mi nawet nie wypada nerwów stracić.  - komentuję.

Scena Trzecia

Zeszło przez przypadek na ten temat na wieczorku dla ekspertów Vox Ukraine. Ze znajomym ekonomistą rozmawialiśmy o reżimie bezwizowym i o tym, że może to ucywilizuje pewne rzeczy szybciej. Więc opowiedziałam o swoich problemach i słyszę komentarz:
- Sek w tym, że nawet i obecnie każdy zamienia się w idealnego profesjonalistę po przekroczeniu granicy.

No comments. O jakich reformach może być mowa w takim wypadku? Jak one mają się udać przy takim braku odpowiedzialności za zadowolenie i dobro klienta- współobywatela?

****

Posłowie. Na urodziny wyjechałam do Polski. Spędziłam je z bliskimi w znajomym otoczeniu. Warszawa czyściuteńka, zorganizowana, posprzątana i lśniąca jak pupcia niemowlaczka jak mawia mój tata. Przypomina mi się ostatni akapit, parę zdań "Bezsenności w Tokio" Marcina Bruczkowskiego. I łapię się na kryzysie imigranta. Na tym że w ostatnim akapicie on opisuje frustrację za kanapką z serkiem wiejskim i pomidorem. I ja to bardzo dobrze rozumiem.

Sunday, August 28, 2016

Berdyczów - Opowieści kominkowe

Nie wiem w sumie od czego zacząć bo moje zdolności do opowieści stępiły się dawno temu a FB posty to nie jest literatura, zaś naukowe artykuły czy analizy to nie są emocje. 

Zacznę od tego, że dzięki podróży udało mi się dać sobie trochę rady z nudą i wprowadzić w życiu ciut dynamiki, więc podstawowy problem powtarzalności i podobieństwa dnia do dnia został na jakiś czas rozwiązany. Pisząca te słowa zrozumiała też, że bez częstej zmiany ludzi, krajobrazów i otoczenia po prostu pewnego dnia wyląduje w domu zdrowia psychicznego. 

Wizyta trochę nietypowa. Turysta zza granicy odwiedza Berdyczów w dwóch rolach: albo jako Polak albo jako Żyd, w pełnym (najczęściej) wycieczkowym wyobcowaniu z zerowym zaciekawieniem jakie jest berdyczowskie "dzisiaj" za to nastawiony na Josepha Conrada i Honore de Balsac w pigułce.

Ja jestem turystą trudnym, bo leniwym poznawczo, przed podróżą najczęściej mam 30 minut czasu aby się przygotować, gdzie w ogóle jadę, w dodatku pojechałam w składzie ukraińsko-polskiej przyjacielskiej delegacji z Kijowa, i nie do hotelu czy hostelu a do domu, na kanapę, mamy koleżanki. Zupełnie inne doświadczenie, odrobinę przypominające couch surfing, tylko o wiele głębsze po 2 i pół latach w kraju. 

Tego rodzaju zwiedzanie ma dwie przyjemności w jakich się wręcz rozsmakowuję: odkrywanie, doczytywanie, wyszukiwanie znaczeń miejsc, które mijam, doczytywanie o nich historii po tym, jak już tam byłam, dotknęłam, zobaczyłam. No i rozmowy, dyskusje ciągnące się długo w noc o wszystkim co ciekawi, interesuje, z płynnym skakaniem z wątku na wątek. 

Miasto jakby samo w bólach odkrywało tożsamość. Nie do końca wie jakie jest. Mer to rosyjskojęzyczny separatysta  ale lubi się pokazać i podlizać, więc jak miejscowi mawiają, na niejedno można się z nim umówić. Pomnik-tablica Nebesnoj Sotni wyznacza nowy szlak miejscowej tożsamości, na razie głównie dla elit intelektualnych w przyszłości pewnie dla wszystkich. 

Ulica Pionierów oraz pomnik "Wielkiej Wojny Ojczyźnianej" przypomina o radzieckości miasta, z resztą tak samo jak i na szczęście niewysoka stalinka powojenna, kilkupiętrowa, identyczna jak w Żytomierzu. 

Berdyczów słowami Wiry jakby lepszy, lepiej zorganizowany, żywszy, z większą atrakcyjnością historyczno kulturalną z racji Klasztoru Karmelitów Bosych i Kościoła Matki Boskiej Berdyczowskiej, a także licznych pamiątek po Żydach miasta, jacy pod koniec XIX wieku stanowili 90% mieszkańców.. 


To odkrywanie tożsamości dopada mnie w sposób dosłowny, wpada w uszy w sklepie bławatnym, jakby go pewnie Prus ustami Rzeckiego nazwał:



- O a Pani wie na 1+1 takie ciekawe filmy dokumentalne, a Pani wie, że naszą ojczyznę Skandynawy zalożyły? 
(wzieły mnie za Ukrainkę z diaspory) .
- Tak,wiem. 
Ruś Kijowska, pierwsze grody handlowe zalożyli Waregowie. 
- No i skąd Pani wie?
- W szkole się uczylam. 
- A gdzie?
- W Warszawie. 
O to Pani z Polski (zaskoczenie)!!! 
- To Polacy się o tym w szkole uczyli a my nie, zobacz Nastja...- jedna do drugiej mówi. A Sklep swoją drogą super. Myślał by kto historyczny spadek po handlowej przeszłości miasta, obiecałam sobie, że pewnego dnia mamę tam zabiorę, zwariuje z zachwytu. 

Nie do końca miały rację z tym odkrywaniem, tylko nie uważały pewnie w szkole. Chociaż w tej szkole jeszcze w latach 90-tych Popow wynalazł ropę. Wira słusznie zauważyła, że reforma nauczania historii ma być. Ja jej na to:

- I słusznie. Każde społeczeństwo do matury ma być hodowane na mitach, najlepiej pozytywnych bo na czymś tożsamość trzeba budować. Ale mimo wszystko nie podoba mi się, jak to robi Wiatrowycz bo to jakaś cenzura w drugą stronę, z totalnej radzieckości przechodzi się w przeciwieństwo stawiając za wzór skomplikowaną, różnorodną i dynamiczną historię Zachodniej Ukrainy, która jest ciut za skomplikowana aby tworzyć z niej proste mity. Chodzi o to by w starszych klasach liceum jednak dyskutować o wszystkich niuansach. 

- Ale mimo wszystko coś trzeba. Bo jest tak, że swojego nie znamy. Dzieci wiedzą kto to Robin Hood ale o Dowbuszu zielonego pojęcia nie mają. Nie ma książeczek, kolorowanek, komiksów i bajek. Wilka i Zajaca zastąpiła Kung Fu Panda, niegłupia, ale nie nasza - dodaje jej mama. Ma rację. Rodzenie się tożsamości, albo inaczej, odkrywanie jej na nowo zajmuje czas.

Apropo's to właśnie link do wspomnianych filmów: Ukraina, powrót do historii. 


Spacer po mieście pierwszego dnia. Niespecjalnie jakościowe foto grobu rabina, o którego pytają się obydwie. Przypominają mi się te jakieś mdłe zasoby wiedzy i mówię trochę w ciemno:
- Potem doczytam i wam powiem, ale Berdyczów to zdaje się był silny ośrodek Chasydyzmu i pochodziło stąd co najmniej dwóch ważnych rabinów. Trafiłam w dziesiątkę, poniżej tablica z grobu Rabina Elizera Libera, który zmarł w 1771 roku w wyniku którejś epidemii: 





Obecnie płyta ta znajduje się w Parku Miejskim, który Bolszewicy urządzili po Rewolucji na miejscu starego cmentarza żydowskiego. Tak to wyglądało w 1913 roku tuż przed I wojną światową: 


Zdjęcie pochodzi z wydanej stosunkowo niedawno książki ze zdjęciami podróżników - etnografów żydowskiego pochodzenia, którzy robili zdjęcia życia codziennego Żydów w latach 1913-1914 na terenach Imperium Rosyjskiego. 

Żydowskość Berdyczowa jest omalże niezauważalna dla niewprawnego niewtajemniczonego turysty. Jedynym zabytkiem posiadającym punkt informacyjny i tablicę w 3 językach jest Klasztor Karmelitów. Ale czy to przeszkadza w czymkolwiek? Chyba nie. Trzeba solidniej się przykładać do eksploracji i badań no i mieć więcej czasu. 

Tymczasem z tego żydowskiego miasteczka 1/3 około uciekła przed Niemcami wgłąb Rosji a z tych co pozostali przeżyło 16 osób. "Kto ratuje jedno życie ratuje cały świat. Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata Żydowska Gromada Miasta Berdyczów." To już tablica bieżąca, pamiętająca czasy po uzyskaniu niezależności. Z kolei obok niej jeszcze radziecka z 1990 roku -pierwotnie miała stanąć w 1950 tylko władza radziecka się nie zgodziła.


Żydzi z Berdyczowa byli ideologicznie podzieleni. Po Rewolucji bolszewicy eksterminowali tradycjonalistów i syjonistów, a inni co zostali częściowo włączyli się w komunistyczne organizacje żydowskie. Popierające tą samą władzę, która niszczyła wszelkie inne nurty filozoficzne i tradycyjne w przechowywanej od pokoleń a nawet od stuleci myśli rabinów berdyczowskich.
Wspomniane wcześniej tablice i pisząca te słowa. 


- Mnie zastanawia jaki jest związek Berdyczowa z Polską. Bo widać, że jest  bardzo silny. Wiem oczywiście o Rzeczpospolitej i Wielkim Księstwie Litewskim, ale aż tak silne wpływy mnie zastanawiają. 
Nie jestem specjalistą, ale znowu trochę zgadując przypomniałam sobie ojcowe opowieści o zmianie granic po utworzeniu Unii Lubelskiej i wcieleniu Podola i okolic do Korony Polskiej. 

W XVII wieku według spisów województwa bracławskiego było jednak tylko 1% szlachty a cała reszta to mieszczanie i chłopi: Rusini/Ukraińcy, Żydzi, Niemcy (chociaż było ich tam niewielu). 

Berdyczów widział kres Rzeczypospolitej, to tam w warowni - Klasztorze Karmelitów bronił się Kazimierz Pułaski, wódz wojskowy Konfederacji Barskiej. Stamtąd z przygodami uciekł do Turcji a potem dalej. Te detale dla Ciebie miły czytelniku. 

Opowiedziałam pokrótce o Koronie Polskiej, przemianach mieszczaństwa, szkolnictwa, zmianach w sądownictwie, różnicach ekonomicznych pomiędzy regionami, stopniowym spadkiem ekonomicznego znaczenia gospodarki rolnej, opóźnieniach w modernizacji co przyczyniło się do kryzysu i upadku.  Historią na codzień doprawdy nie żyję i jej nie głoszę wszem i wobec tym bardziej obecnie gdy na epatowanie etosem historycznym jest wręcz moda, ale coś tam zdołałam wyjaśnić. 

Trochę oczywiście smutne, że wzajemnie nie znamy swojej historii, albo, że trzeba się nią wyjątkowo długo i detalicznie interesować aby cokolwiek ogarnąć. O tym jednak kilka słów refleksji na zakończenie. 
Tymczasem czy widać te wiatry historii w Berdyczowie, kiedy ona splatała losy wielu narodowości naraz pod berłem Króla Polskiego? Mury Klasztoru - Twierdzy stoją do dzisiaj niczym świadek historii. Gdyby nagle zatrzymać ruch samochodowy chociaż na kilka minut albo w nocy zostać pośród murów na pewno da się to wyczuć jeszcze bardziej. 

Tymczasem jednak w zeszłym roku obwalił się kawałek klasztornego starego muru. 

- Może ktoś to będzie jeszcze remontował, i tak cud, że budynki jako tako ocalały bo to jest coś najwspanialszego co w Berdyczowie jest i czym trzeba koniecznie się chwalić na cały świat - mówi mama Wiry. 

- Przypuszczam, że remontowano z kieszeni Ministerstwa Kultury RP. - rzucam nieświadoma, że mam rację jak później podpowiedział Wujek Google. W istocie Minister się postarał a gdy otwierano Muzeum Josepha Conrada w murach Klasztoru, nawet osobiście przyjechał. 

Trochę Klasztoru Wam tu zaprezentuję:



- Zapytam się w Ministerstwie, jakie są plany. - obiecuję Wirze. Pierwsza sprawa na poniedziałek do zrobienia. 
Nie pierwszy raz już przychodzi do mnie myśl, że te prądy identyfikacji etnicznej się raczej przeplatają w sałatce i mało są jakby razem. Osobno żywioł ukraiński, osobno polski, jeszcze obok tego żydowski. 

Spacer poprzedniego dnia pokazuje, że jednak nie mam racji, gdyż Berdyczów ma jedną historię znaną nie tylko dla tych trzech, ale nawet i dla całego świata. 













Oto chyba najsłynniejsza bohaterka związku na odległość, jaką zna świat: szlachcianka Ewelina Hańska. Zdaniem moich ukraińskich przyjaciółek jej listy do Balsaca są ciekawsze niż te, co zachowały się po George Sand. Zazdroszczę jej w sumie trochę. Odwagi realizacji marzeń, fantazji jemu i jej. Trzeba doprawdy się kochać wzajemnie by pakować walizki i wielokrotnie pomimo okoliczności życia z oddali do siebie jechać po to by na krótką chwilą zaznać bliskości, bo potem los znowu rozłącza. Foto z wiki.










Powyżej i obok (moje): Tablica na kościele Świętej Barbary w Berdyczowie, w którym ten związek, co cnotliwych by zgorszył znalazł swój finał przed ołtarzem na kilka miesięcy przed śmiercią pisarza. 

No cóż, długo się zastanawiała czego właściwie chce. A potem, co w jej epoce było dość rzadkie, kompletnie wyszła na wolność i wyjechawszy het z Rzeczpospolitej wiodła swobodne życie wśród bohemy francuskiej. 


Dzięki temu, że Balsaca zna cały świat, to i ją też a tym samym odbitym światłem świeci Berdyczów gdy mu się poszczęści zostać wspomnianym. 


A miasto dzisiaj? Miasto dzisiaj to odbicie problemów i mentalności ukraińskiej stojącej w rozkroku pomiędzy radzieckim wczoraj a europejskim dzisiaj. Śmieci na podwórku nikt nie sprząta, bo "to ma zrobić państwo", a na osobę sprzatającą klatkę schodową patrzą się jak na niespełna rozumu. 

- Nawet nie wiesz ile agresji w ludziach. Z Żeka (*odpowiednik administracji z komunistycznych czasów) przychodziła pani i sprzątała klatkę, tylko pani lekko niepełnosprawna intelektualnie. Nie wyobrazisz sobie jak ta banda ją potraktowała. Proponuję na posiedzeniu OSBB (*coś w rodzaju wspólnoty mieszkaniowej) ją wynająć bezterminowo, bo sprząta dobrze, i poza tym podkreślam, że wg. prawa jest to praca chroniona i nie można jej tak po prostu zwolnić. Banda na mnie tak wulgarnie napadła, że co ja takiego wygaduję. Do tej pory jestem zniesmaczona - opowiada wieczorem mama Wiry. Pijemy herbatę a na zewnątrz szczekają psy.  

- Ale to chyba nie do końca tylko ich wina. Nie wiem, czy to mój problem imigranta, ale informacja jest zerowa o czymkolwiek i oni po prostu nie wiedzą gdzie mają i o co prosić. Nie wiadomo na czym to się wszystko trzyma. - mówię. 

- Coś w tym jest. Stan państwa można poznać po stanie jego psychiatrii. Na Krymie wsadzają ludzi do psychuszki jak za stalinowskich czasów. Gdzie jest oświadczenie Stowarzyszenia Psychiatrów Ukrainy? - gospodyni wchodzi na ciekawy temat. Myślę sobie, faktycznie nie widać ich. Nawet aby angażowali się w leczenie PTSD wśród weteranów. 

- Widziałaś pewnie te śmiecie na trawie przed blokiem. - kontynuuje. Trochę skacze temat jak to bywa późnym wieczorem. 
- Tak i dziwi mnie to trochę, bo miasto ogółem czyste. Czemu to tak? - pytam.
- Widzisz, spychotechnika. Żek mówi, że to ma robić przedsiębiorstwo co śmieci zabiera, oni, że Żek i tak wkoło Macieju. W Tarnopolu wprowadzono konkurencję miedzy Żekami i sprywatyzowali je, więc konkurują ze sobą. Ludzie też jacyś bardziej ambitni, każdy chce mieć więcej i lepiej a zatem nie zapuszcza tak przestrzeni. A tutaj czym bliżej Kijowa i bardziej na wschód tym bardziej wszystko ma zrobić się samo i wszystko się należy. 

- Nie można ich winić, bo i dłużej za Sojuza żyli. - mówię. 

- Otóż to. Gdyby nie czystki i terror, inaczej by to wszystko wyglądało. Są ludzie jacy jeszcze niedawno bali się cokolwiek mówić, bo ich wywiozą. Ale są mimo wszystko nieżyczliwi, zawistni i leniwi. 

Myślę sobie w tej chwili o tym, że mój kawałek korytarza na klatce w Kijowie tylko jest czysty i świeci jak pupcia niemowlaczka. A moim sąsiadom się nie chce. 

- Wiesz co? Tutaj kiedyś protestanci przyjechali i mówią, że Ukrainie to już tylko chyba Boża miłość w czystej postaci pomoże. - mówi Wira. 

****
Na to wszystko patrzy się z powrotem Matka Boska Berdyczowska a poniżej Jan Paweł II, który nigdy tu nie zajechał, ale w dziwny sposób wyczuwalna jest jego obecność, która uspokaja i mówi: walcz. I się nie bój. 



****
Posłowie: Berdyczów czeka na swojego Normana Daviesa i lokalny Mikrokosmos. Na geniusz, który te wszystkie narracje splecie w jedno i zrobi z nich w jednej książce miasto wspólne.