Thursday, February 15, 2018

Szalom Alejchem

Taki wyjazd się długo trawi. Długo układam myśli. Tylko 2 dni a tyle się zdarzyło. Centrum Menorah. Poprzedniego dnia odwiedzone w Szabat, cóż za faux-pais. Miły siwy pan w kasie sprzedaje mi bilet do Muzeum Historii Żydów Ukrainy i Holokaustu. Czy to właściwa i pełna profesjonalna nazwa, nie powiem. Chodzi o zawartość, zawartość jest właśnie taka. 


- Może Pani tu zostawić rzeczy, w budynku jest dosyć ciepło.  - zaprasza. 

Tego się nie da opisać. To trzeba zobaczyć na własne oczy. I pojawiają się wrażenia wrażenia wrażenia. Tak bardzo swoi i jednocześnie jakby obcy i odrębni. Z prastarą historią. Poniżej Groby Proroków, Patriarchów, Racheli i współczesne rabinów chasydzkich z Berdyczowa. I swoje i dalekie zarazem. Prastare.  



Czy muzeum może być żywe pomimo tego, że mijasz kolejne plansze i ekrany w kompletnej ciszy bo jesteś jedynym turystą danego dnia? Oprócz Ciebie na ogromnej przestrzeni nie ma żywej duszy.
Już wiem kogo przypominał mi sprzedawca z kawiarni. Poniżej po prawej jeden z rodów a na nim drugi od lewej z samej góry jako żywy niczym skóra zdjęta z mojego barristy... taki był kiedyś ten świat.



Miasteczko galicyjskie. Sklepik.
Taki jakiś swój.

Czemu jestem taka przejęta? Chyba głównie dlatego, że jest tak gorący okres w kwestii stosunków mniejszości żydowskiej z Polakami czy szerzej gospodarzami ziem centralnej i wschodniej Europy.

Co chwila czytam, że tylko Polacy kolaborowali, że w innych narodach Europy II wojny światowej byli sami sprawiedliwi i tylko ruch oporu.  Tymczasem widać, że twórcy Muzeum nie chodzi o pokazywanie palcami, tworzenie narracji czy obrazu, tylko o atrakcyjnie podaną szerokoaspektową prawdę. Jedyne czego mi brakuje to tego, że nie mogę tego pokazać tym, którzy nie znają alfabetu, bo plansze nie są w większości tłumaczone.













Tylko tych kilka plansz opisuje sytuację Żydów na ziemiach ukraińskich w czasie I wojny światowej i w latach 20-tych XX wieku. Bez uproszczeń i mitów. Ze wszelkimi możliwymi szczegółami o złożoności i dynamice wydarzeń. Długo nie widziałam nic tak uczciwie zaserwowanego chociaż jestem przytłoczona i zasmucona tym, że wszystko, cały przekaz dotyczący faktów i przestrzeni staje się coraz bardziej żółty i dlatego gdy zobaczę coś normalnego jak to Muzeum - to długo przeżywam zadumę. 





To nie tylko historia. To realia. Przykazanie mówi, by przetrawiać rzeczywistość w myśli i nie przekazywać wizerunku. Wizerunek bez osobistego doświadczenia jest płaski. I wiem, że nie przekażę Wam tych emocji i uczuć. To może zrozumieć tylko osoba stojąca obok w ciszy. Patrząca na to samo i myśląca to samo a jednak bez słowa. 

Powiedziawszy to, niech jednak obrazy przemówią: 













Zagłada. Kolaboranci wszystkich narodowości. Rządy idące na polityczną ugodę z Hitlerem. 

Ale i Sprawiedliwi jak ten na dole. Wielu ich było - gospodynie wiejskie, nauczycielki, sąsiedzi. Pan Zirczenko -starosta kołchozu. Przechował całą rodzinę żydowską ukrywając wśród innych. Ryzykował śmierć. 

Jest jeszcze wiele rzeczy. W tym plakat z filmu Pianista. Na koniec izba przypominajka: There is no somebody else's pain.





Każdy przypadek ludobójstwa ma swoje przyczyny, uwarunkowania i wykonawców. Jednakże, głębokie przyczyny są zawsze podobne. Fizyczna eksterminacja "innych" jest możliwa tylko w totalitarnym lub autorytarnym państwie, gdzie nie istnieje wolność osobista, gdzie człowiek jest jedynie trybikiem w państwowym mechanizmie, i gdzie nic i nikt nie może zapobiec masowym morderstwom. 

A ze ściany patrzy się wielki Polak - Żyd - prawnik - Rafał Lemkin. 

Już dość. To wszystko zbyt intymne. 

Saturday, February 10, 2018

Plemię Judy nad Dnieprem

Nie tak znowu łatwo sprawić by ta opowieść miała swój określony porządek logiczny i strukturę.

Jaki jest ten Dnieropetrowsk? Dnipro? Takie jak ludzie w nim mieszkający, takie jak rzeka, takie jak jego kawiarnie, takie jak jego władze i jak jego ulice...

Jest Szabat, dzień święty. Zapominam o tym wchodząc do Centrum Menora, gdzie jest akurat otwarte dlatego, że grupa młodzieży w oddali przestronnego korytarza szykuje się do sesji.

- Szalom Alejchem - witam się z dziewczyną w sklepiku, w którym jest dziwnie ciemno.
- Alejchem Szalom - słyszę. Wcale się nie dziwi, że użyłam hebrajskiego przywitania po raz może trzeci w życiu.

- Jest Szabat. Jesteśmy zamknięci.  - słyszę. Pytam się o niedzielę, W niedzielę można przyjść.
- Faktycznie. Nie pamiętam na co dzień tych zwyczajów.
- Nic nie szkodzi.






Menora zostaje za mną. Połączenie nowoczesności, z czymś bardzo bardzo prastarym w powietrzu. I to wrażenie, że wszystkie te miejsca są jakby połączone, stają przed oczami. Ile tego już było, ile już widziałam? Opuszczony kirkut na wzgórzach nad Podwilkiem. Beukenlaan. Marienburg. Wielka Synagoga we Frankfurcie, Kazimierz, nagrobki rabinów chasydzkich w Berdyczowie, Babi Jar.... ślad po mezuzie we framudze na lwowskiej uliczce.

Ulica Szalom- Alejchema... Pokoju Pańskiego, tak to sobie tłumaczę, w końcu mój hebrajski sprowadza się do słów użytych chwilę wcześniej.

Za rogiem czas na kawę. Rząd kawiarni prześciga się w wabieniu klientów. Przez przypadek wchodzę do pierwszej lepszej i od razu czuję się świetnie. Dwóch barrristów uwija się jak w ukropie, z uśmiechem, zagadując do klientów. Na ścianie wisi rower. Język rosyjski, ale wyraźnie inny niż w Kijowie. Mam wrażenie, że bez klusek w gardle i głuchego bełkotu. Ale skąd mogę wiedzieć który rosyjski ja słyszę na ulicach Kijowa, nie odróżnię przecież przyjezdnych.

Barrista- kelner uśmiecha się do mnie, podaje, podchodzi i pyta czy czegoś jeszcze trzeba. Kawa artystycznie podana z ciastkiem, plus 2 szklanki wody. Okulary, zarost, ciemne włosy, ale jasna zimą karnacja... jutro go spytam skąd jest. Bo moim zdaniem najbardziej miejscowy z miejscowych korinnych mieszkańców Dnipra żydowskiego pochodzenia.




Wędruję dalej zastanawiając się kim są miejscowi, co to za mieszanka jest? Od miasta bije energia portu, przemysłu, żydowskiego ducha, i centrów handlowych dla nurowyszy.

Kobiety albo czysto wschodnie, nieco bardziej przy kości niż w Kijowie, blondynki, średniego wzrostu, niczym Masza tylko w wersji nie bajkowej. Albo jak pośrednia wersja między semickimi genami a miejscowym odcieniem blond. Od tych drugich nie różnię się specjalnie i nie odczuwam wyraźnej odrębności jak w Kijowie. Nie słyszę też pytań: - A Wy odkuda? Nie dlatego, że ich to nie ciekawi, tylko dlatego, że to zrelaksowane i gościnne miasto. Mówię po ukraińsku. To budzi wyraźną życzliwość.



Miasto halal.


Centrum handlowe. Coś co dla Dnipra jest znamienne to centra handlowe na wyższy budżet i styl, których jest bardzo dużo i naśladują z powodzeniem berlińskie czy londyńskie. Pasaż handlowy o wyszukanej nazwie Pasaż nie oferował nic na mój praktycznie nieistniejący budżet, ale było w środku ciepło a architekt powinien nagrodę dostać. Wyjątkowo udana pajęczyna podłóg z plexi i schodów ruchomych, przyjemna dla oka.

Te galerie są pustawe. Nie sądzę aby Szabat miał aż takie znaczenie, ale może się mylę. A może trzeba spytać siebie na ile te molochy są własnością mieszkańców miasta, na ile czują się z tym jak z czymś swoim, na ich kieszeń? Luksus ma się dobrze w każdej rzeczywistości, znajdzie nabywców. Ale nie jestem pewna czy prawdziwych sobotnich tłumów nie ma czasem w zupełnie innych miejscach... rzut oka na piękne szpilki i wychodzę.


Polonika. Inglot podbja świat a w Azji a także i tutaj stał się marką z wyższej półki, co najmniej na Borjouis. Miło podejrzeć przez szybę jak kursantki uczą się makijażu w luksusowo i ze smakiem urządzonym salonie.


W Księgarni Є (to taki miejscowy Empik) jak i wszędzie wszystko i nic. Pamiątek nie ma, nie kupisz. Z ciekawości rzut oka na nowości i bestsellery promowane przez wystawcę. Poczet oficerów Ukraińskiej Republiki Ludowej znalazł szczęśliwego nabywcę :) który chętnie podaruje to potem znajomemu maniakowi historii.



Wracam. Patrzę się na Dniepr. 30 + lat temu mój ojciec nocował w tym samym hotelu instalując z kolegami ogromne chłodnie spożywcze. Zarówno tutaj jak i w Pierwomajsku mają się dobrze. W Makiejewce pewnie szlag je trafił. Ciekawe czy ojciec z tego samego miejsca patrzył się na Dniepr?





Więc jakie jest właściwie to miasto? Niech to będzie puenta:


Saturday, October 7, 2017

6 Przegląd Najnowszych Filmów Polskich „Pod Wysokim Zamkiem” we Lwowie

6 Przegląd Najnowszych Filmów Polskich „Pod Wysokim Zamkiem” we Lwowie rozpoczął się pokazem filmu „Gwiazdy” w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego. Reżyser oraz Jan Banaś – człowiek, którego historia życia stała się kanwą filmu – zaszczycili swą obecnością lwowską publiczność.
Wydarzenie otworzył Ambasador RP na Ukrainie Jan Piekło. Wyraził radość z faktu obecności na tej największej w Europie Środkowo-Wschodniej imprezie promującej polską kinematografię. Podkreślił, że kultura potrzebna jest dziś szczególnie, zwłaszcza w tych bolesnych dla Ukrainy czasach walki z agresorem.
Zastępca Przewodniczącego Lwowskiej Rady Obwodowej Andrij Bilous powiedział, że świat polskiej kultury poznał już w dzieciństwie, była ona obecna w jego domu i na podwórku.
„Kultura to coś co zapewnia porozumienie między narodami. Dziękuję, że organizujecie takie wydarzenia” – dodał.
Zastępca Mera Miasta Lwowa Andrij Moskalenko podkreślił rolę kina w lepszym poznawaniu i rozumieniu sąsiadów.
Jan Kidawa-Błoński, życząc widzom miłego oglądania filmu powiedział: „Cieszmy się tą piękną historią polskiej piłki nożnej. Filmem, w którym przejawia się wątek trenera Kazimierza Górskiego, związanego ze Lwowem, a wreszcie tym pięknym miastem, które zrobiło na mnie tak ogromne wrażenie.
W uroczystości otwarcia wziął udział Konsul Generalny RP we Lwowie Rafał Wolski, zastępca Ambasadora RP na Ukrainie Jacek Żur (jeden z inicjatorów PNFP „Pod Wysokim Zamkiem”) oraz Mykoła Kniażycki, deputowany Rady Najwyższej Ukrainy.

Pełna relacja pod podkreślonym linkiem :) 
A na zdjęciu - yours truly :) 

Saturday, September 23, 2017

O Ukrainie, tym razem.

Długo nie pisałam. Urlopy, problemy etc. Więc nadrabiam.

Ukraina. Człowiek w ciągu tej swojej pracy marketingowo, pijarowo, doradczo, administracyjno-urzędniczej spotyka setki ludzi, którzy w różnych analitycznych i dyplomatycznych interesach przyjeżdżają do tej obecnie najciekawszej stolicy świata jaką jest Kijów.

Najczęściej pada pytanie:  -Jak oceniasz to czy tamto? W zabieganiu trudno nieco jest keep track on issues na poziomie muszki owocówki, ale się staram. Częściej jednak słucham.

Słucham o tym, że brak jest woli do wdrażania zmian. Że wyszkoleni przez PR agencje dyplomaci i politycy pokazują ładne prezentacje o tym jak wdrożono to czy tamto w tej czy też innej instytucji, a potem jest wizyta monitoringowa, konkretne pytania i rzeczywistość skrzeczy.

Czy zatem oznacza to, że nie warto wspierać? Można mieć mieszane uczucia. W krajach w które wpompowano miliony dolarów pomocy wybuchają wojny domowe i to krwawe. W krajach gdzie agendy rozwojowe budują od lat szkoły i szkolą urzędników rozrywają się w powietrze terroryści, którzy naruszają od czasu do czasu takie świętości jak bazy himalaistów przez dziesiątki lat nietykalne.

Mimo to myślę, że Ukrainie taki scenariusz nie grozi. Natomiast wymaga to splecenia się kilku elementów jednocześnie: po pierwsze wymiany informacji pomiędzy wszystkimi agendami pomocowymi - tutaj bardzo cenne są wszelkie merytoryczne spotkania rady donorów, czasem ogólne, czasem tematyczne. Konieczne jest też informowanie dyplomacji o wszelkich projektach czy wysiłkach wsparcia bo dobrze poinformowana dyplomacja to dyplomacja w grze. Koordynacja mniej więcej działa na wielu poziomach, zarówno ta doradcza jak i humanitarna, chociaż nie jestem do końca przekonana czy ambasady państw UE zawsze wiedzą o każdym projekcie partnerskim jaki realizuje się z poziomu samorządów. To ten element, który leży po stronie donatorów pomocy czy to finansowej, czy też intelektualnej.

Po stronie beneficjenta na pewno leży większy porządek logiczny i intelektualny. Jeśli konsultant zadaje pytanie - ok, ale jak wygląda matryca tej instytucji docelowo? Czemu obsadza się poprzez konkurs kadrowo ciało, które nie do końca jeszcze samo wie, jak ma działać? Na szczeblu samorządowym na pewno korzystnie jest przedstawić jasną mapę prawną i decyzyjną miasta, czy gminy, zanim doradca weźmie się do roboty.

Spotykałam różnych. Są tacy, którzy zarabiają pieniądze i milczą, za to wiedzą jak maja potem wypełnić sprawozdanie merytoryczne. Z dumą muszę stwierdzić, że nie dotyczy to Polaków. Za cenę nerwów, pracy 24/7 i pokonywania wielu przeszkód zawsze chcą coś zrobić, zrealizować, osiągnąć, wprowadzić prawdziwą trwałą zmianę.

Nie do przecenienia w tym wszystkim jest rola miejscowych przedstawicielstw organizacji doradczych czy pomocowych, gdyż to one negocjują wiele spraw, ale one też zapewniają ekspertom tzw. kontekstualizację, zrozumienie realiów.

Czy zatem jest zmiana? Dla rzeczywistej nieemocjonalnej oceny procesów ważne jest zobaczenie jak rozkładają się poszczególne akcenty w jednostce czasu, i to nie miesiąca a lat. Są zmiany i ich się już zatrzymać nie da. Nie tylko dlatego, że Prezydent wyraźnie określił oś geopolityczną, nie tylko ze względu na tzw. bezwiz, ale również dlatego, że najbardziej udana ze wszystkich reform ukraińskich - samorządowa - powoli zmienia sposób myślenia, postawy i proces podejmowania decyzji na najniższym, najbliższym ludziom szczeblu.

Jeśli szczebel samorządowy wychowa nowe elity, to wszystko w perspektywie jednego pokolenia się zmieni in plus i to nieodwracalnie.

Będąc od czasu do czasu sfrustrowanym tym czy innym zjawiskiem warto pamiętać, że Królestwo nie jest z tego świata, a jeśli cytując moją prababcię każdy będzie "robił w swym kółku co każe duch boży" to całość sama się złoży.


Tuesday, January 10, 2017

Anioły czuwały

Zeszło z koleżanką przy herbacie na rodzinne opowieści. Jakoś wyszło od omawiania językowych regionalnych tożsamości a skończyło się na sadze rodzinnej. Urodzona w wiosce na Doniecczyźnie babcia całe życie mówiła po ukraińsku tak samo jak i druga babcia urodzona w czerkaskiej oblasti. Ojca babci urodzonej w czerkaskiej oblasti ogarnęły represje NKWD. W ostatniej chwili spakował manatki i wyjechał na Krym, w pierwsze miejsce gdzie miał u kogo się ukryć. Rodzinie w czas Wielkiego Głodu zabrali nawet dżemy i suszone grzyby. Ludzie zjedli wszystko co mogli zjeść. Koty, psy, ptaki ustrzelone z procy. W pewnym momencie przeszli lasami na Donbas aby było lżej. 

W czas Wielkiego Głodu zabrali nawet dżemy i suszone grzyby. Ludzie zjedli wszystko co mogli zjeść. Koty, psy, ptaki ustrzelone z procy. W pewnym momencie przeszli lasami na Donbas aby było lżej. W czas Wielkiego Głodu pracujący w jakiejś fabryce na Krymie ojciec przysyłał do znajomych do sąsiedniej wioski suchary. Aby je odebrać trzeba było przez las przejść szmat drogi. pewnego dnia głód zmusił kogoś do morderstwa i w ten sposób matki już nie było. Na dzień dobry w domu dziecka wyniesiono dwa martwe ciała, bo tam też nie było co jeść. Szczęśliwie przeżył starszy brat, którego wychowawczyni powiadomiła o nieszczęściu i wyprowadzała rodzeństwo z dietdoma karmić narażając siebie na represje. Pewnego dnia powiedziała: -Idźcie dalej tą drogą nie oglądając się za siebie. Babcia z bratem szli, długo szli, końca pustki nie było widać. Az w pewnym momencie ojciec czekał. NKWD nie pozwoliło skończyć szkoły, wyrzucało z pracy i tak przez wiele lat. 

W 2004 roku w wiosce staruszka, która nie miała siły iść do sklepu na zakupy o 9 rano zadzwoniła do rodziny i pyta: - A Wy już głosowaliście na Juszczenkę? Macie iść głosować. Ja już po. 



***
Z Lvivskiej Majsterni do Opery na Sylfidę piechotą. Wokół miasto, które patrzy cierpliwie na niezależność z popiołów odrodzoną.

Friday, December 2, 2016

Piaseckiej zapiski przy śniadaniu



Ten wpis będzie o filozofii, bo ot taki sobie mnie nastrój dopadł ostatnimi czasy.

Arkusz z pytaniami do matury próbnej z Wiedzy o Społeczeństwie. Na zdjęciu ojciec pochylający się nad niemowlęciem w wózku. Pytanie brzmi: „Rozstrzygnij, czy zdjęcie ilustruje tradycyjny model rodziny. Swoje zdanie uzasadnij, odwołując się do fotografii”. Poprawna odpowiedź: To nie jest rodzina tradycyjna. Opieka nad dziećmi jest zadaniem kobiety.

To zadanie z przykładowych testów do matury próbnej wydawnictwa Operon. Przyznam, że jestem w szoku i bardzo głęboko mnie to niepokoi. Rozumiem, że jest kryzys męskości i mężczyźni mają kłopoty z odnalezieniem się w nowym świecie i otaczającej ich rzeczywistości. Ale gdy ostatnio powiedziałam jednemu z czołowych polskich publicystów, że socjologia życia rodzinnego zwija się i powraca do mieszczańskiego modelu rodem z 19 wieku, to powiedział, że nie mam racji. Czyżby? Powyższe to przykład, że niestety chyba mam rację i na siłę stara się wszystkich uszczęśliwić tworząc społeczny paradygmat dający optymalny wynik urodzeń, w którym indywidualna samorealizacja gówno znaczy. Powiało feminizmem? Może.

Sęk w tym, że sprawy tak intymne jak dynamika relacji damsko-męskich i umówione role w rodzinie i zachowanie wobec partnera powinny pozostać w sferze intymności i wzajemnej umowy, a nie zdefiniowanych z góry przepisów na kobiecość i męskość. Tak twierdzę, bo ludzie są bardzo różni i mają różne potrzeby.

Nie dzielimy się na dwa wrogie obozy i wojnę płci, tylko na wrażliwych, pragnących szczęścia w większości dobrych ludzi tylko dochodzących do tego różnymi drogami.

Czy jednak jest coś co sprawia, że współczesny facet czuje się niepewny i zagubiony? Owszem, tak. Zdrowo poukładany mężczyzna, który nie jest socjopatą i tyranem ma potrzebę przewodzenia w dobrej sprawie, bycia liderem, osobą odpowiedzialną za to dokąd płynie statek o nazwie "moja rodzina" i dumnym z sukcesu. Kolega ostatnio wyjaśnił mi to poniższym obrazkiem:







Z czego to na dole to istota męskich marzeń. Tylko no, mamy problem James. Bo co gdy ma się do czynienia z osobą atrakcyjną, ale ogółem radzącą sobie, silną i niespecjalnie kruchą księżniczką do ratowania? Jak wtedy się odnaleźć, jeśli osoba kręci i pociąga a jednocześnie ma się wrażenie, że nie dopuszcza do siebie ludzi łatwo, albo, że nie ma się nad nią przewagi?

W przypadku kobiety, która umie wysyłać właściwe sygnały, problem znika. Gdy mężczyzna czuje się silniejszy i pewniejszy, pojawia się właściwa dla szczęśliwego romansu dynamika i napięcie emocjonalne, gdy obydwie strony przynajmniej przez pewien czas czują się szczęśliwe.

Natomiast gdy ma się do czynienia z osobą, która na pozór sobie super radzi, prowadzi intensywne życie w ogromnym tempie, to to przeraża. Wtedy pada sakralne "Nie nadążę za Tobą".

W związku też potrzebna jest samorealizacja i znalezienie sobie osoby, która nam w tym pomaga. Jest po prostu potrzeba znalezienia swojego bezpiecznego miejsca w relacji z drugim człowiekiem. Czegoś takiego, że ok, Ty robisz to i to lepiej, ale jakby co, to jestem do czegoś Ci potrzebny (i nie jest to tylko seks).

Do tego dochodzi problem tego w jakich okolicznościach spotykamy płeć przeciwną będąc po 30-tce. Jest to najczęściej praca a w niej wznosimy się na wyżyny swojego profesjonalizmu, i nie mamy w pracy płci, z obawy przed utratą profesjonalnej twarzy, a na menedżerskim stanowisku - z obawy przed utratą autorytetu. 

Nosimy wiele masek i zachowań dostosowanych do sytuacji w jakich jesteśmy i boimy się je zdjąć, nie chcemy ich zdejmować bo grożą utratą bezpieczeństwa. 

Co zatem można zrobić aby wzajemnie sobie zaufać i stworzyć dobrą atmosferę, aby skrócić dystans i poznać drugą osobę bliżej? 

Nie mogę odpowiedzieć za wszystkich, bo każdy jest inny, ale wiem, że im więcej dostaję bezwarunkowego wsparcia, bezwarunkowej pomocy i bezwarunkowego bycia obok, czy mam dobry humor, czy zły, czy jestem uśmiechnięta czy marudna, im mniej ktoś ode mnie wymaga abym była wiecznie w formie, tym bardziej się otwieram i tym bardziej mogę zaufać. Kobieta nie chodzi na czole z plakietką przystępności dla każdego jak leci, chociaż męskie ego często na tym cierpi. 

Bezwarunkowe wsparcie praktycznie zawsze spotka się z delikatnością, która być może całymi latami schowana uwypukla się i kwitnie w uśmiechu. No i nie oznacza to bycia potulnym pieskiem pantoflarzem. 

A jeśli się nie spotka, to no cóż, głupie baby chodzą po tej ziemi, tak samo jak i mężczyźni idioci. 

No to jak to jest z tym przewodzeniem i potrzebą posiadania przewagi i kontroli? Mężczyźni lubią mieć taką świadomość a miłość i odpowiedzialność każe im tego nie wykorzystywać. U każdego jest to w indywidualnym natężeniu, u jednego silniejsze u drugiego mniej. 

Z mojego punktu widzenia posłużę się parafrazą Szymborskiej, mogę powiedzieć: Cwałuj przy mnie jak drugi rozpędzony koń, a gdy się potknę nie czekaj aż zajęczę tylko podnieś do góry mocno aż na nogi wstanę i będziemy sobie biegnąć dalej. Gdy się potkniesz to wesprę Cię tak, że nawet tego nie zauważysz i duma Ci na niczym nie ucierpi, i będziemy sobie biegnąć dalej. 

Generalnie to, gdy mamy z drugą osobą poczucie, harmonii, swobody emocjonalnej, braku lęku i braku potrzeby tłumaczenia rzeczy najprostszych trzeba to cenić bez względu na wszystko. Takich osób najczęściej spotkamy w życiu kilka, a jedna z nich będzie dla nas. 

Sunday, September 25, 2016

O reformach

Moim ukraińskim przyjaciołom przykro to będzie czytać, ale  pewna miara wkurzenia przelała czarę.

Ten post będzie o usługach i ich jakości oraz o tym co wynika z tego dla ukraińskich reform




Chcesz remont zrobić? Najlepiej jeśli to zrobi ktoś z bardzo bliskiej rodziny, najlepiej mąż albo ojciec, lub brat bo nikomu innemu nie można ufać.

Scena Pierwsza:

Wymiana okien. Październik 2014. Bardzo zadowolona, właścicielka wymienia okna. Wracam do domu i patrzę i oczom nie wierzę: na podłodze syf, wszędzie pył, okna zamontowane bez zdarcia fabrycznych oznaczeń i taśm, stylowe obrzyganie dokoła pianką silikonową chyba dla ozdoby w myśl jakiegoś specyficznego gustu, ale na pewno nie mojego. Stare mówię, że mają wyrzucić na śmietnik bo chcieli mi je w pokoju zostawić. Mówią:

- Od biedy 200 Hrywien i wyniesiemy.

Ja im na to, że mają wynieść i już i że dostała swołocz 30 tysięcy hrywien, i że ja na takie pieniądze kilka miesięcy zarabiam. Uparci zbierają się do wyjścia. Zaczęłam krzyczeć na całe piętro, zlecieli się sąsiedzi, pytają o co chodzi. Remonciarze w końcu wynieśli okna na śmietnik. Już bez łapówki.

Scena Druga:

Nowa pralka z Comfy

- My już pod klatką czy pani jest w domu?
- Ale mieli Państwo zadzwonić o 2 godziny wcześniej!!! Nie ma mnie w domu i nie będzie, umawialiśmy się na popołudnia.

Taka polka kabaretka trwa jakiś czas. W końcu dostarczają po 22 w sobotę i mówią, że narzędzi nie wzięli bo samochód im się zepsuł i coś tam. Ja na to:

-Panowie, ale to nie moja sprawa, nic mnie to nie obchodzi. Zapłaciłam, macie zrobić i już.

Za wyniesienie starej pralki na korytarz chcieli 100 UAH. Nic nie dałam i starym sposobem zaczęłam wrzeszczeć. A, że zbliżała się 23 to szybko zrobili co trzeba i się wynieśli.

Kosztowała mnie ta sytuacja nerwy i wielką awanturę z już eks facetem bo tak byłam zła, że go akurat pod ręką nie ma, że aż nawrzeszczałam okropnie.

- Wiesz, ale to nie jest kwestia czy kogoś akurat masz, bo jakość ukraińskich usług to legendarny problem i niejednemu facetowi to spędza sen z powiek. - mówi mi młody żonaty kolega.

- Ok, ale Tobie wypada pobić takiego jednego z drugim, jak już nic innego nie zadziała a mi nie. Mi nawet nie wypada nerwów stracić.  - komentuję.

Scena Trzecia

Zeszło przez przypadek na ten temat na wieczorku dla ekspertów Vox Ukraine. Ze znajomym ekonomistą rozmawialiśmy o reżimie bezwizowym i o tym, że może to ucywilizuje pewne rzeczy szybciej. Więc opowiedziałam o swoich problemach i słyszę komentarz:
- Sek w tym, że nawet i obecnie każdy zamienia się w idealnego profesjonalistę po przekroczeniu granicy.

No comments. O jakich reformach może być mowa w takim wypadku? Jak one mają się udać przy takim braku odpowiedzialności za zadowolenie i dobro klienta- współobywatela?

****

Posłowie. Na urodziny wyjechałam do Polski. Spędziłam je z bliskimi w znajomym otoczeniu. Warszawa czyściuteńka, zorganizowana, posprzątana i lśniąca jak pupcia niemowlaczka jak mawia mój tata. Przypomina mi się ostatni akapit, parę zdań "Bezsenności w Tokio" Marcina Bruczkowskiego. I łapię się na kryzysie imigranta. Na tym że w ostatnim akapicie on opisuje frustrację za kanapką z serkiem wiejskim i pomidorem. I ja to bardzo dobrze rozumiem.